Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
...And Then There Were Three...


Ocena:  
 Tytuły utworów 

Down And Out
Undertow
Ballad Of Big
Snowbound
Burning Rope
Deep In The Motherlode
Many Too Many
Scenes From A Night's Dream
Say It's Alright Joe
The Lady Lies
Follow You Follow Me

 Muzycy 

Tony Banks:
Organs, keyboards,
pianos, backing vocals

Phil Collins:
Drums, percussion,
lead / backing vocals

Mike Rutherford:
Guitars, basses,
bass pedals, backing vocals

         
GENESIS
 
...And Then There Were Three...1978

          Tę historię można streścić w następujący sposób: Na początku było ich pięciu. Razem się spotykali, razem grali i tworzyli muzykę a także starali się wcielać w życie nowe idee, które miały zapobiec stagnacji. Jednak w pewnym momencie przerosło to wszystko jednego z nich (uznał, że to wykracza poza pracę w ogródku) i postanowił odejść. Pozostali, mimo złych prognoz postanowili ciągnąć ten wózek dalej we czwórkę. Czasem było lepiej, czasem gorzej - jak to w życiu bywa - ale... No właśnie. Kolejny zrejterował. Dalsza praca z tymi ludźmi nie godziła się z jego przekonaniami. I Wtedy Zostało Ich Trzech...

Płytę otwiera dynamiczny utwór "Down and Out". Przy pierwszym przesłuchaniu miałem skojarzenia z "Jesus He Knows Me", jednym z największych przebojów grupy (pamiętając o tym, że powstał on o wiele później), ale po kilku kolejnych uznałem, że wcale tak nie jest. To po prostu utwór na poziomie ze świetnymi harmoniami wokalnymi, wyśmienitą partią klawiszy Tony'ego Banksa, bardzo dobrze zaaranżowaną perkusją Phila Collinsa, tudzież doskonałą gitarą Mike'a Rutherforda.

Po nim następuje "Undertow". Kawałek posiada co prawda klimat, ale czegoś mu brakuje. Może gdyby panowie dodali jakąś solówkę na fortepianie (jak np. w "Mad Man Moon") i jeszcze jeden motyw muzyczny... Nie wiadomo co stałoby się, ale na pewno byłoby o wiele ciekawiej.

Natomiast następny track - "Ballad of Big" - jest doskonałą mieszanką nastrojów purpurowo - sabbatowych (zwrotka) z genesisowo - yesowymi (refren). Ciekawy eksperyment, ale jest to tylko przedsmak tego, co czeka nas później - chodzi mianowicie o "Snowbound" i "Burning Rope".

Pierwszy - mimo tego, że składa się z dwóch motywów - jest jednym z najpiękniejszych utworów w repertuarze Genesis. I nie chodzi mi tylko o klimat. Po prostu jest w nim "coś", co się czuje i nie potrafi się tego wyrazić słowami. Tak. Zdecydowanie jest to jeden z utworów z "duszą".

Co do drugiego - nie jest to co prawda suita pokroju "Cinema Show", "Supper's Ready" czy "One for the Vine", ale za to posiada niespotykaną dotąd moc (dla miłośników "Gwiezdnych Wojen" - nie TĄ MOC, inną), która emanuje niemalże z każdej nuty. Wszystko jest tam idealne - palcówki Banksa, solówka Rutherforda, a co do wokalu - to właśnie tutaj Collins prześcignął Gabriela (pamiętajmy też o niemalże "huczącej" perkusji Phila i "dudniącym" basie Mike'a).

A co mamy dalej? Niewiele gorszy "Deep in the Motherlode". Najbardziej urzekły mnie dwa fragmenty. Pierwszy to ten, który zaczyna się od słów "All along the wagons..." A drugi - instrumentalny - kojarzy mi się z jednym ze "spokojniejszych" fragmentów "La Villa Strangiato" Rush (oba utwory zostały nagrane w tym samym roku).

W końcu dochodzimy do "Many Too Many". Swoim przebiegiem przypomina trochę "Blood on the Rooftops", z tym, że klasycyzująca gitara została zastąpiona tutaj partią fortepianu. Poza tym jest to jeden z tych kawałków, które potrafią wycisnąć łzy u osób wrażliwych.

Dalej mamy "Scenes From a Night's Dream", który zaczyna się tak, jakby był jednym z przebojów Abby (sic!), ale dalej nie jest aż tak źle. Atmosfera kojarzy się trochę z "Robbery, Assault and Battery" (warte uwagi - oba utwory zostały stworzone przez spółkę Collins - Banks), z tym, że jest to ostrzejsza i prostsza wersja poprzednika.

Z "Say It's Alright Joe" mamy ten sam problem co z "Undertow". Nienajgorszy, ale czegoś jest tu za mało.

Za to "The Lady Lies" to perełka w dosłownym znaczeniu tego słowa. Nastrój zostaje okraszony wyborną syntezatorową solówką w stylu Keitha Emersona (bardziej wnikliwi słuchacze są w stanie dostrzec podobieństwo do "Lucky Man"). Tekst autorstwa Banksa zalatuje trochę wierszem Bolesława Leśmiania "W Malinowym Chruśniaku".

A co do "Follow You Follow Me"... Cóż... Są tacy, którzy twierdzą, że album mógłby się obejść bez tej piosenki. Jest w tym trochę racji, nie przeczę, jednak patrząc na to z drugiej strony nie można oprzeć się wrażeniu, że jest ona w prostej konsekwencji kontynuacją "I Know What I Like" - przypomnę - pierwszego przeboju grupy.

And Then... nie jest płytą słabą. Jednakże każdy, kto zna możliwości Genesis nie zaprzeczy, że nawet w okrojonym składzie stać Ich na coś więcej...

Łukasz Mińczykowski
 Odnośniki związane z tematem 
   BiografiaKsiążęta i żebracyWiesław WeissTylko Rock09 / 1991
   BiografiaRockowy teatr dla elityBartek BartosińskiRipples1998
   BiografiaBiografia GenesisPaweł RoczniakArtykuł własny
   RecenzjaGenesis - PłytyWiesław WeissTylko Rock09 / 1991
   WywiadRewelacje z GenesisChris WelchGenesis Special Magazine1987