Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
GENESISWOJCIECH MACHAŁA
 
Tylko Rock
Sierpień 1998
Taniec na wulkanie
 Podczas koncertów w 1992 roku Genesis wykonywał prawie dwudziestominutową wiązankę swoich najsłynniejszych utworów, którą wokalista Phil Collins zapowiadał tak: "Pewnie niektórym z was trudno w to uwierzyć, kiedy patrzycie na te dobrze zakonserwowane popiersia tam w górze na telebimach. Ale działamy w tym interesie już od wielu lat. Dlatego chcielibyśmy teraz wrócić do tych odległych, lekko stęchłych lat siedemdziesiątych, kiedy wszyscy nosili spodnie z szerokimi nogawkami (do tej pory mam parę!). I zagrać wam wiązankę, którą zatytułowaliśmy 'Kilka wycinków z naszej historii razem'. Panie Rutherford, proszę!" I Mike Rutherford zaintonował "Dance On A Volcano".

          Pamiętam narastającą podczas tej zapowiedzi niecierpliwość. I ciekawość, które fragmenty swojej bogatej historii zechce zespół przypomnieć. I później niedosyt, że tak wielu zabrakło. Choć przecież były dwie zwrotki The Lamb Lies Down On Broadway, finał The Musical Box, instrumentalne interludium z Firth Of Fifth, obszerne wyjątki z I Know What I Like, refren Follow You Follow Me... Ale w końcu trudno zamknąć 25 lat (wtedy) nagrań w dwudziestu minutach.

Genesis widziałem dwukrotnie. Dzieliło te spotkania sześć lat. W historii każdego innego artysty byłaby to trudna do pokonania przepaść, dla Genesis był to okres dzielący dwie kolejne płyty studyjne. Ale czasu, który zgodnie z łacińskim powiedzeniem zmienia się (a my z nim), nie da się oszukać. Przez te sześć lat nastąpiły w obozie Genesis daleko idące zmiany.

I. 12 lipca 1992, Maifeld am Glockenturm, Berlin

Wielkie, oszałamiające widowisko. Poruszające się na potężnych żurawiach trzy ogromne ekrany, tysiące luksów światła, lasery, sekwencje filmowe. I dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi na błoniach Olimpia Stadion (byłem pełen podziwu dla organizacji Niemców, którzy potrafili sprawnie ewakuować ten tłum po zakończeniu koncertu). Nie przepadam za imprezami tego rodzaju, kiedy stoję sto metrów od sceny i wykonawców, nie większych od krasnoludków, rozpoznaję po instrumentach. Ale uczciwie muszę przyznać, że to przedstawienie robiło wrażenie. Nawet pomimo tego, że bardziej przypominało kino na świeżym powietrzu niż koncert (bo nie pozostawało nic innego jak skupić uwagę na tym, co działo się na ekranach, i zdać się na łaskę kamerzystów pokazujących poszczególnych muzyków w zbliżeniu). W tym nagromadzeniu wrażeń wizualnych trochę mi umknęło, w jak świetnej kondycji koncertowej był wtedy Genesis. Dotarło to do mnie później - kiedy słuchałem nagrań dokonanych podczas tej trasy koncertowej. I to nawet nie tych dopieszczonych w studiu z płyt The Way We Walk, ale tych surowych, wydanych na bootlegach (jak choćby włoski Hold On My Heart). Słyszało się doskonałe zgranie trójki etatowych członków zespołu: Phila Collinsa, Mike'a Rutherforda i Tony'ego Banksa z dwoma "dochodzącymi" - Darylem Stuermerem i Chesterem Thompsonem. Wyczuwalne było jakieś instynktowne porozumienie między nimi - jak sądzę: rezultat wielu lat współpracy. Poza tym Stuermer świetnie potrafił "wczuć się" w partie swojego poprzednika w Genesis: Steve'a Hacketta (niewiele ich się w koncertowym repertuarze grupy utrzymało, niemniej jednak jego popisowe solo w Firth Of Fifth przyszło Stuermerowi odtworzyć).
    We Can't Dance... On A Volcano :-)
 Phil Collins - We Can't Dance Tour
A o tym, z jaką precyzją potrafią razem walić w bębny Thompson i Collins, najlepiej przekonywał ich perkusyjny dwugłos pod koniec występu. Krótko mówiąc, słuchając koncertów, jakie grał Genesis podczas tamtej trasy, wydawało się, że mamy do czynienia z monolitem. Dziś wiemy, że na tym monolicie istniały już wówczas poważne rysy.

Problemem był wpływ solowych sukcesów Mike'a Rutherforda, a głównie Phila Collinsa na funkcjonowanie zespołu. Fakt, iż obaj ci muzycy doskonale radzili sobie w innych układach personalnych, wpłynął w drugiej połowie lat osiemdziesiątych na wyraźne osłabienie tempa pracy nagraniowej Genesis. Pojawiła się konieczność uzgadniania solowych planów całej trójki (bo i Banks nagrywał solo, acz ze zdecydowanie mniejszym sukcesem). W rezultacie wydanie dwu kolejnych albumów Genesis: Invisible Touch i We Can't Dance, dzieliło pięć lat. I zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy rzeczywiście dalsze istnienie zespołu ma jakikolwiek sens. Zwłaszcza dla ogromnie popularnego Collinsa. Ale o tych wątpliwościach Tony Banks zdecydował się opowiedzieć dopiero w 1997 roku. Wtedy, kiedy pod koniec roku 1991 wchodził na rynek album We Can't Dance, wpływ solowych wyczynów Collinsa na kondycję Genesis (i vice versa) oceniano jeszcze bardzo pozytywnie. Menażer grupy, Tony Smith deklarował: Dzięki Collinsowi poszerzył się krąg publiczności Genesis. Miał tu miejsce rodzaj sprzężenia zwrotnego: za każdym razem album Genesis sprzedawał się w większej ilości egzemplarzy niż poprzedzający go album Collinsa. A potem kolejny album Collinsa sprzedawał się trochę lepiej niż poprzedzający go album Genesis. Sam Collins również nie przyznawał się oficjalnie do tego, że pracy pod szyldem Genesis ma dość. Opowiadał, że gdyby miał odejść ze względu na presję swojego indywidualnego sukcesu, mógłby to zrobić znacznie wcześniej. Taki argument bardzo trudno było kwestionować. Stąd powszechne było chyba na początku lat dziewięćdziesiątych przekonanie, że skład zespołu jest ustabilizowany (głosy, iż przydałby się tam jakiś ożywczy powiew, na przykład w postaci zaangażowania nowego muzyka lub zmiany wokalisty, były nieśmiałe i nikt nie traktował ich poważnie). Potwierdzeniem słuszności takiego przekonania była postawa Genesis na koncertach.

Rozmach tych koncertów był z kolei potwierdzeniem statusu, jaki zespół posiadał w muzycznym świecie początku lat dziewięćdziesiątych. Genesis mógł uchodzić za najbardziej "ludzką" spośród megagwiazd współczesnego rocka (na poparcie tej tezy przywoływany był incydent z festiwalu Knebworth '90, kiedy to Collins niezmordowanie podpisywał wszystkie podsunięte mu kartki, koszulki i wszystko inne, na czym dawało się pisać, podczas gdy David Gilmour nie znalazł czasu nawet dla dwójki wiernych fanów, którzy prosili o autograf na unikatowych koszulkach Pink Floyd sprzed lat). Ale jego miejsce w tym Panteonie nie podlegało dyskusji. Zaspól przylatywał na koncert prywatnym helikopterem, woził sprzęt wynajętym Jumbo Jetem, koszty produkcji szły w setki tysięcy dolarów, a ceny biletów w dniu występu na Maifeld u berlińskich koników - setki marek. Pisało się, że w Stanach Zjednoczonych zespół stanowi największą atrakcję (chyba żeby Led Zeppelin wznowili działalność). Wbrew argumentom pesymistów (że za długa przerwa między albumami, że potencjał twórczy tria się wyczerpał, że nie było warto...) i pomimo nie imponujących początkowo notowań singla No Son Of Mine, albumem We Can't Dance Genesis powrócił z tarczą. Jeśli chodzi o wielkość sprzedaży, We Can't Dance pobił tak silną konkurencję jak równolegle wydane albumy U2 i Dire Straits. Okazał się najlepiej sprzedającym się albumem Genesis w historii.

II. 31 stycznia 1998, Spodek, Katowice

Pierwszy plakat zapowiadający to wydarzenie zobaczyłem na murze obok jednego z warszawskich mostów, jakieś półtora miesiąca przed koncertem. I przez dłuższy czas był to jedyny sygnał, że Genesis zamierza wystąpić w Polsce. Przypomniałem sobie, jak o koncercie U2 media trąbiły na pół roku naprzód, i pomyślałem, że chyba koniec końców czas przyznał rację Bono i kolegom. Chociaż promocja Genesis znacznie poprawiła się z chwilą, gdy do sprawy pozyskano telewizję (koncert miał być bezpośrednio transmitowany). A w samych Katowicach w dniu koncertu rozdawano na ulicach specjalny dodatek "Gazety Wyborczej", poświęcony grupie. Osobiście byłem zresztą bardzo zadowolony z faktu, że miejscem akcji miała być hala, a nie otwarta przestrzeń. I pora roku nic tu nie ma do rzeczy: zawsze uważałem, że zamknięte pomieszczenia sprzyjają skupieniu się na wykonywanej muzyce. A muzyka Genesis wymaga skupienia.

Wiadomo było, że będzie to zupełnie inny koncert niż te zapamiętane z trasy We Can't Dance. Wcale nie dlatego, że od tamtego tourne minęło sześć lat. Ani nie dlatego, że - zważywszy parametry Spodka - nie dałoby się tam umieścić trzech ruchomych ekranów. Choć, oczywiście, wizualna oprawa występów Genesis zmieniła się również. Zabrakło animacji komputerowych (jakkolwiek w telewizyjnych relacjach z przygotowań do tej trasy widziałem, że grupa takie animacje przygotowuje), oprawa świetlna była zdecydowanie skromniejsza. Wręcz rozczarowywała, jeśli się weźmie pod uwagę, iż światła na koncertach Genesis zawsze były bardzo efektowne (do historii przeszło wykorzystanie przez grupę świateł używanych przy lądowaniu przez Boeinga 747 podczas trasy promującej album Wind And Wuthering w 1977 roku i wprowadzenie systemu Varilights na początku lat osiemdziesiątych). Tym razem ciekawszym rozwiązaniem były jedynie - umieszczone za plecami muzyków - punktowe reflektory na ruchomych rusztowaniach (przypominające z daleka kosmonautów w skafandrach). Oraz opuszczona, a właściwie przeciągnięta z jednego krańca sceny na drugi, kurtyna, na której oświetleniowcy podczas Firth Of Fifth i Congo puszczali "zajączki".

Tą najważniejszą zmianą było jednak co innego. Z piątki instrumentalistów, którzy swoją muzyką tak wprawnie rozkołysali Maifeld, na scenie Spodka pojawiło się tylko dwóch: Tony Banks i Mike Rutheford. Być może, z punktu widzenia roli, jaką odegrali w tworzeniu artystycznego wizerunku Genesis na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, było to dwóch najważniejszych muzyków tego zespołu. Ale, jak się miało okazać, na koncertach znaczenie wkładów Chestera Thompsona i Daryla Stuermera trudno było przecenić. O znaczeniu Phila Collinsa nie wspominając, bo w tym przypadku nie było złudzeń: tego wokalisty nie dało się po prostu zastąpić innym (choć niektóre wypowiedzi Tony'ego Banksa zdawały się sugerować co innego). Trzeba było znaleźć kogoś, kto charakteryzowałby się porównywalną artystyczną indywidualnością, porównywalną sceniczną charyzmą. Znaleziono.

Collins oficjalnie ogłosił swoje rozstanie z zespołem na początku 1996 roku. Decyzja ta zbiegła się w czasie z ważnym przełomem w życiu osobistym wokalisty: rozstaniem z żoną, przeprowadzką do Szwajcarii, związkiem z prawie dwukrotnie młodszą studentką. Przez chwilę Collins stał się postacią z pierwszych stron prasy brukowej, natomiast w prasie muzycznej jego odejście z Genesis przeszło prawie bez echa. O ile poprzednie zmiany personalne w grupie i ich wpływ na jej przyszłość były przedmiotem ożywionej dyskusji w fachowych mediach (pierwszy wokalista Genesis, Peter Gabriel, składał nawet specjalne oświadczenie dla prasy, aby położyć kres spekulacjom), o tyle tym razem świat muzyczny spojrzał na zawirowania w składzie zespołu chłodnym okiem. Najwyraźniej wychodząc z założenia, że skoro grupa radziła sobie jakoś przez poprzednie trzy dekady i przetrwała pomimo odejścia kluczowych, wydawałoby się, postaci (Anthony Phillips w roku 1970, Peter Gabriel - w 1975, Steve Hackett - w 1977), to poradzi sobie i teraz. A jeśli sobie nie poradzi i zejdzie z muzycznej sceny, to też dobrze: zrobiła swoje. Oczywiście, sytuacja w grupie była dyskutowana wśród fanów. Pojawiło się pytanie, jak mało osób historycznie związanych z tym zespołem potrzeba, aby był to jeszcze Genesis. I argumenty, że chyba Banks i Rutherford to jednak zbyt mało, więc warto byłoby może "ściągnąć" z powrotem Steve'a Hacketta, a nawet Petera Gabriela. Okazja ku temu była: Hackett nagrał w 1996 roku album Genesis Revisited, prezentując na nim intrygujące, świeże spojrzenie na kilka kompozycji zespołu, których był kiedyś współtwórcą (m.in. Dance On A Volcano, Firth Of Fifth i Los Endos). A z Gabrielem zespół faktycznie powrócił do współpracy w studiu przy okazji przygotowywania boksu Genesis Archives.
Ray Wilson    
 Ray Wilson - Promocja trasy 1998
Były to jedynie pobożne życzenia. Mike Rutherford stanowczo zaprzeczał, aby były jakiekolwiek przymiarki do odnowienia współpracy z Hackettem (a nawet, że słyszał jego Genesis Revisited). Natomiast spekulacje o ewentualnym powrocie Gabriela szybko przerwała informacja, że nowym wokalistą Genesis został dwudziestoośmioletni Edynburczyk - Ray Wilson.

Pytanie nasuwało się samo. Co Wilson, który występował wcześniej w zespole Stiltskin, specjalizującym się w nowoczesnej i dość ciężkiej odmianie rocka, robi w grupie, która od prawie dwudziestu lat (tzn. od albumu And Then There Were Three) kojarzyła się głównie z lekkimi, zgrabnymi piosenkami - Niekiedy niebezpiecznie bliskimi muzyki tanecznej. Okazało się, że znalazł się w tej grupie na jak najbardziej właściwym miejscu, bo Banks i Rutherford pozbawieni przeciwwagi w postaci Collinsa (który właśnie takie ładne, przebojowe melodie preferował) zdecydowali się na powrót skierować muzykę Genesis na rockowe wody. I dać upust swoim inklinacjom do tworzenia piosenek bardziej urozmaiconych formalnie, nie opierających się na schemacie zwrotka, refren, jeszcze raz to samo. W rezultacie tej zmiany podejścia w takich kompozycjach jak napisane wówczas Alien Afternoon, One Man's Fool czy Calling All Stations w ogóle nie dawało się wyróżnić zwrotki i refrenu. A w singlowym Congo po powtarzającej się standardowej sekwencji zwrotka - refren pojawiły się jeszcze dwa dodatkowe wokalne tematy. Jeśliby porównać Congo z poprzedzającym go singlem Tell Me Why (jeszcze z płyty We Can't Dance), zbudowanym według tradycyjnych schematów, różnica wydaje się bardzo istotna.

Artystyczne zmiany, jakie przyniósł wydany na przełomie sierpnia i września 1997 roku album Calling All Stations, były ryzykowne. Nowy wokalista, nowa stylistyka - fakt, że będąca wypadkową tego co Banks i Rutherford robili poprzednio (razem i osobno), ale niekoniecznie w najbliższej przeszłości. Wiele lat nieobecności na muzycznej scenie... Ten czas niełatwo było nadrobić. Zwłaszcza że Calling All Stations nie pasował do żadnej z obecnych mód muzycznych. Urozmaicone aranżacje, komplikacje rytmiczne, a jednocześnie jak dawniej dopracowane linie melodyczne. Trudno było inaczej zakwalifikować ten album jak zjawisko osobne. Które oczywiście, miało szansę zaistnieć na rynku, gdyby jeszcze raz - tak jak w przypadku We Can't Dance (której obszerne fragmenty były równie nie na miejscu, zważywszy ówczesne standardy) - zadziałała magia słowa Genesis. Wyglądało na to wszakże, że cud dwa razy się nie zdarza. W chwili, gdy startowała europejska trasa koncertowa Genesis (a miało to miejsce kilka dni przed koncertem w Katowicach - w Budapeszcie), albumu Calling All Stations nie było już w pierwszej trzydziestce brytyjskich zestawień. Nowe wcielenie Genesis zupełnie nie "chwyciło" na rynku amerykańskim (tak, że zespołowi przyszło przełknąć gorzką pigułkę i odwołać zaplanowane tam koncerty). Niewielkim powodzeniem w muzycznym eterze cieszyły się single Congo i Shipwrecked. Piszę to wszystko z goryczą. Choć z drugiej strony, gdyby Calling All Stations okazała się światowym szlagierem, do koncertu w Katowicach nigdy by pewnie nie doszło. Koszt sprowadzenia Genesis, cieszącego się dalej statusem rockowej megagwiazdy, byłby zbyt wysoki.

A tak mogłem być świadkiem kolejnego powrotu Genesis do czynnego artystycznego życia. Koncert w Katowicach przyjęty został bardzo ciepło, pomimo tego, że szereg osób (mnie włączając) miał poważne zastrzeżenia do następców Daryla Stuermera i Chestera Thompsona: gitarzysty Anthony'ego Drennana i perkusisty Nira Zidkyahu. Ten pierwszy grał bez pomysłu, bez melodycznej inwencji (i, przykro to przyznać, piękne solo w Firth Of Fifth spartaczył zupełnie). Drugi starał się wiernie odtwarzać figury rytmiczne opracowane przez Collinsa i Thompsona, ale brzmiało to jakoś sztywno, topornie, tak jakby perkusista grał coś, czego nie wyuczył się na pamięć, ale czego nie rozumie i nie czuje. Nawiasem mówiąc, aż prosiło się o porównania, bo repertuar tego koncertu okazał się zaskakująco podobny do materiału wykonywanego na żywo sześć lat wcześniej. Okazało się, że Genesis na żywo trzyma się sprawdzonych patentów i woli wykonywać utwory z "popowego" okresu swojej kariery, w tym nawet tak typowo collinsowskie kompozycje jak Invisible Touch czy Throwing It All Away. Powroty do starego, rockowego Genesis były nieliczne i nieśmiałe (The Lamb Lies Down On Broadway, Carpet Crawlers, fragmenty Firth Of Fifth oraz Lover's Leap i Dancing With The Moonlit Knight w części akustycznej). Tak jakby Genesis nie miał zaufania do publiczności swoich koncertów i uważał, że ludzie przychodzą na jego występy dla singlowych przebojów. Choć z drugiej strony - jeśli ma się tak szeroki wybór, jak Banks i Rutherford, trudno by taki wybór nie budził kontrowersji (jakikolwiek by on nie był). Najważniejsze było to, że Ray Wilson odnalazł się i w tym mało rockowym repertuarze. Miał rację Tony Banks, że w tym wokaliście drzemią naprawdę ogromne możliwości.

A to, że świat się na tym nie poznał... Cóż, muzykom Genesis sukces nigdy nie przychodził łatwo. Przez cały okres współpracy z Peterem Gabrielem zespół finansowo znajdował się pod kreską, bywało, że tonął w długach sięgających setek tysięcy funtów. Dopiero sukces ósmego albumu A Trick Of The Tail pozwolił mu wyjść na swoje. Jest przyzwyczajony do podejmowania wyzwań. Do tej pory się nie poddawał.

Wojciech Machała
 Odnośniki związane z tematem 
   BiografiaBiografia GenesisPaweł RoczniakArtykuł własny
   BiografiaRockowy teatr dla elityBartek BartosińskiRipples1998
   BiografiaGenesis - niby zwykła historia...Sebastian Górskikoneser.czardybon.net1997
   WywiadGenesis w RMF FMPiotr MetzRMF FM1997
   RecenzjaCalling All StationsBartek BartosińskiWielki Projekt Muzyczny1997
   RecenzjaCalling All StationsSebastian Górskikoneser.czardybon.net1997
   RecenzjaCalling All StationsPrzemysław Semikwww.rockmetal.pl23 / 01 / 1999
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuBartek BartosińskiRipples02 / 1998
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuAndrzej KłyszejkoArtykuł nadesłany04 / 2002
   RelacjaCalling All Stations TourRoman Milowskiwww.rockmetal.pl15 / 05 / 1998