Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
PHIL COLLINSMAURYCY
 
Artykuł nadesłany
Grudzień 2005
Praga, Sazka Arena - 23 listopada 2005
 
    Fot. Cuba/Karol
          To był koncert z gatunku tych wyczekiwanych przez całe życie. Phil Collins, jedna z najważniejszych postaci światowej muzyki popularnej objeżdża świat, i ze swoją "pierwszą pożegnalną trasą" zagląda do miejsc, jak sam to określił - egzotycznych. Jedną z takich egzotycznych przystani, w której Phil chciał pożegnać się z fanami była Praga. W stolicy Czech brytyjski perkusista i wokalista zaplanował dwa listopadowe wieczory (pierwotnie październikowe, ale choroba spowodowała miesięczne przesunięcia koncertów). Długo zachodziłem w głowę dlaczego Collins znów nie przyjechał do Polski, która dla muzyka jest przecież równie egzotyczna, co np. Litwa. Odpowiedź na to pytanie odnalazłem dopiero w Pradze, w Sazkiej Arenie, gdzie 23 i 24 listopada 2005 roku Phil Collins zagrał dwa wyprzedane koncerty.

Wchodząc do Sazkiej Areny nie wiedziałem, czy bardziej gratuluje prażanom hali, czy jako Polak im jej zazdroszczę. Duży, nowoczesny, znakomicie zorganizowany obiekt sportowo- kulturalny robi wrażenie już z zewnątrz. Zgrabnie skonstruowany, posiadający spory parking i kilkanaście wejść cieszy oko ładnym oświetleniem i wygodną lokalizacją. Wewnątrz kilkanaście barów, miła, komunikatywna obsługa, łatwość przemieszczania się po piętrach i co najważniejsze duże hala, przyjmująca podczas koncertów nawet kilkanaście tysięcy widzów, z których każdy, dzięki inteligentnemu rozmieszczeniu rzędów i krzeseł ma zagwarantowaną doskonałą widoczność.

Fot. Cuba/Karol    
Piętnastominutowy obchód i obiektywne oko wystarczyło, żeby zrozumieć dlaczego Collins wolał zagrać dwa wieczory w Sazkiej, niż Spodku, Kongresowej, czy Arenie. Pod względem elegancji, objętości, komfortu, jakości dźwięku i co bardzo ważne bezpieczeństwa Sazka Arena pewnie jeszcze długo będzie bić na głowę każdy polski obiekt tego typu...

O godzinie 20:20 z głośników popłynęły pierwsze dźwięki. Pochodziły jeszcze z płyty, ale już pięć minut później bohater wieczoru, w eleganckim, ale raczej wygodnym, czarnym stroju wybiegł na scenę, ukłonił się publiczności i jak to ma w zwyczaju zasiadł za zastawem perkusyjnym. Jak inaczej może zacząć się koncert jednego z wybitniejszych perkusistów XX wieku jeśli nie porządną solówką. Niebawem dołączyli do niego, drugi wirtuoz bębnów Chester Thompson i znakomity perkusjonista Luis Conte. Ich blisko dziesięciominutowy pokaz olbrzymich możliwości rytmicznych przerodził się w "Drums Show". Tuż po nim na scenie pojawiła się reszta collinsowego bandu. Wszyscy to starzy znajomi. Z gitarą Daryl Stuermer, który współpracuje z Collinsem od początku jego solowej kariery, a w latach 1978-1993 był koncertowym członkiem Genesis. Z drugą gitarą Ronnie Caryl, przyjaciel Phila jeszcze z początku lat siedemdziesiątych. Na basie, brodaty jak zawsze, Leland Sklar, za zestawem instrumentów klawiszowych tradycyjnie Brad Cole. Do tego oczywiście sekcja dęta i chórek. Na scenie kilkunastoosobowy zespół, kompletne instrumentarium. Koncert ruszył pełną parą.

    Fot. Cuba/Karol
Od początku wiadomo było, że występ nie będzie promocją ostatnich płyt Collinsa, ale przeglądem całej solowej kariery. Mieliśmy więc istny przekrój list przebojów, szczególnie drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Pierwszy kwadrans to wspomnienia lat 1985-1989, okresu największej popularności Collinsa- "Something Happend On The Way To Heaven" i obok siebie trzy kawałki z 1985 roku- "Against All Odds", "Don't Loose My Number" i "One More Night". Po takim początku publiczność była rozgrzana i oswojona z dźwiękiem, i atmosferą wieczoru. Następnie usłyszeliśmy "Cant Stop Loving You", czyli czasy najnowsze. Ten singel z albumu "Testify" zabrzmiał zadziwiająco dobrze i dał możliwość fanom do głośnego manifestowania swojej obecności. Akustyka hali sprzyjała śpiewającej publiczności, w efekcie czego, echo niosące refren z gardeł fanów robiło niemałe wrażenie.

Od dynamicznego, krzyczącego sekcją dętą, "Hang In Long Enough" koncert zaczął się wyciszać. "True Colours", fantastycznie przearanżowany przez Collinsa, totalnie zmienił nastrój koncertu. Wykonany na pięć głosów z delikatnym akompaniamentem Brada Cole na klawiszach, hit z repertuaru Cyndi Lauper, rozpoczął prawie pół godzinny blok piosenek spokojniejszych. Wyciszona publiczność doskonale przyjęła "Groovy Kind Of Love", przebój z filmu "Buster", wielkie pięć minut Brada Cola na fortepianie. "Another Day In Paradise", kto wie
Fot. Cuba/Karol    
czy nie największy hit Collinsa, podtrzymał nastrój zadumy. Klimat złamał trochę bardziej dynamiczny "We Wait And We Wonder", ale już piękna, przejmująca ballada "Seperate Lives", popis wokalny Arnolda McCullera i Amy Keys, wyciszył zupełnie Sazką Arenę. To były w zasadzie ostatnie tak spokojne dźwięki tego wieczoru.

Większość muzyków zniknęła na moment za kulisami, a scena przykryta została ciepłą łuną, głębokiego różowego światła. Mroczny wstęp klawiszowy Brada Cole, charakterystyczne plumkanie znane już z trasy 1996 i 1997 roku, to intro do "In The Air Tonight". Wreszcie Phil pojawił się na schodkach i zaczął swój tradycyjny spacer. Mikrofon przymocowany do ucha od dawna jest zwiastunem słynnego perkusyjnego sola, które wybucha mniej więcej w połowie kompozycji. Idealnie zbudowany klimat, charakterystyczne stukanie maszyny perkusyjnej, od czasu do czasu powarkująca gitara w rękach Daryla Stuermera i piękne tło klawiszowe prowadzące melodie. Collins kończy obchód, wraca schodami na podium, gdzie już czeka jego zestaw bębnów, siada i uderza w porywającym rytmie. To chyba najsłynniejsze wejście perkusji w historii muzyki popularnej. Od tego momentu koncert nabrał niesamowitego przyspieszenia. Set typowo zabawowy rozpoczął "Dance Into The Light", tuż po nim drugi cover w repertuarze, pierwszy numer jeden Phila na brytyjskiej liście przebojów "You Cant Hurry Love" z 1982 roku.
    Fot. Cuba/Karol
Ten ostatni płynnie przeszedł w "Two Hearts". Następnie bardzo dynamiczny "Wear My Hat", podczas którego oczywiście mieliśmy kapeluszowy show na scenie, a Phil uciekał przed błagającym go o autograf Arnoldem McCullerem. Kulminacyjnym fragmentem zabawowego setu był rodzynek, jedyny kawałek z repertuaru Genesis- "Invisible Touch". Phil niezmiernie rzadko sięga podczas solowych występów po utwory macierzystego zespołu, ale dobrze, że tym razem zrobił wyjątek. Jeden z największych hitów Genesis, przypominający trochę solowe dokonania Phila, wzbogacony o sekcję dętą zabrzmiał znakomicie. Publiczność była w siódmym niebie, jednak nie dane jej było poklaskać, bo "Invisible Touch" przeszedł w "Easy Lover". Tempo tego fragmentu występu było naprawdę zawrotne. Na dokładkę jeszcze nie mniej porywający "Sussudio", pod koniec którego był tradycyjny wybuch serpentyn pod sceną. To był ostatni kawałek podstawowej części koncertu.

Zespół zniknął ze sceny i rozpoczął się popis publiczności mający na celu wyproszenie bisów. Przez blisko pięć minut Sazka Arena drżała od braw, okrzyków i pisków. Phil i jego towarzysze po chwili wrócili by zagrać podwójny bonus. Najpierw spokojny, znów zaśpiewany na kilka głosów "It's Not Too Late", a później tradycyjny, pożegnaniowy "Take Me Home" poprzedzony krótkim wstępem na bębnach. Ostatnie pięć minut z Collinsem w hipnotycznym rytmie perkusji i z chwytliwym refrenem, który potem był świetną okazją do przedstawienia muzyków i ostatecznego pożegnania. Nie wybrzmiały jeszcze wszystkie dźwięki, gdy Phil po kolei odprowadzał swoich muzyków za kulisy ze słowami "he must go home". Piękne, wzruszające zamknięcie znakomitego koncertu, a na koniec jeszcze spontaniczny uścisk Collinsa z Chesterem Thompsonem. Phil jako ostatni opuścił scenę, a realizatorzy pozostawili na telebimach zdjęcie muzyka z charakterystycznie uniesioną ręką w geście pożegnania. Sazka znów zadrżała od braw, a na sektorach siedzących w podziękowaniu za niezapomniany wieczór fani zafundowali wokaliście owacje na stojąco.

Fot. Cuba/Karol    
Sto trzydzieści pięć minut muzyki, przegląd ośmiu albumów wokalisty, trzech dekad spędzonych na scenie pod szyldem własnego nazwiska. Klasyka muzyki pop komponowanej z serca, ze smakiem, wykonywanej z pasją, zawsze na najwyższym światowym poziomie. Można by przejrzeć listy przebojów i sprawdzić ile z zagranych piosenek było w swoich czasach numerami jeden, w jakich nakładach sprzedawały się prezentowane albumy, ale to tak naprawdę nie jest ważne. Muzyka Collinsa mimo olbrzymiej popularności niesie ze sobą przede wszystkim emocje. Wszystkie zagrane kompozycji są świeże i mimo że większość z nich pochodzi z innych dekad ciągle cieszą one ucho, nie starzeją się, emocjonalnie nadal są aktualne.

Mimo całej otoczki koncertu i atmosfery pożegnania opuszczałem Sazką Arenę w optymistycznym nastroju. Zobaczyłem Phila w dobrym zdrowiu, wysokiej formie i choć nie był tego wieczora wybitnym mistrzem ceremonii (powiedział tylko kilka słów do publiczności) nie wyglądał, nie grał, ani nie śpiewał jak zmęczony życiem pięćdziesięciopięciolatek. Collins jest muzykiem od wewnątrz, z serca, i trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że mimo zwolnienia tempa i ograniczenia koncertów ciągle będzie tworzył z pasją.


Maurycy

Fotografie wykonali: Cuba oraz Karol
 
 Galeria zdjęć 
 
Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol
Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol
Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol
Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol
Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol Fot. Cuba/Karol
 Odnośniki związane z tematem 
 Strony internetowe
   Witrynawww.philcollins.co.ukOficjalna strona internetowa Phila Collinsa
   WitrynaTwo WorldsNieoficjalna strona internetowa poświęcona Philowi Collinsowi
   Witrynawww.collins.gad.plNieoficjalna polska strona internetowa poświęcona Philowi Collinsowi
   Witrynawww.darylstuermer.comOficjalna strona internetowa Daryla Stuermera
   Witrynawww.chesterthompson.comOficjalna strona internetowa Chestera Thompsona