Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
POWRÓT DO KORZENIMAURYCY
 
Artykuł nadesłany
Marzec 2005
Ray Wilson we Wrocławiu
 
    Bilet Marka Przewoźnego
          Długo zbierałem się do napisania tej relacji, a kiedy już zaczynałem pisać kartki lądowały w koszu. Nie wiedziałem jak oddać słowami koncertowe wrażenia. W końcu zrozumiałem, że ja o występie Raya Wilsona mogę napisać tylko w osobistym tonie. Musiałem więc odłożyć na bok dziennikarski obiektywizm i opisać moje, subiektywne przeżycia z sobotniego wieczoru, 19 marca 2005 roku....

Kilka dni przed przyjazdem Wilsona miałem pewne obawy, co do frekwencji na koncercie. Przyjazd byłego wokalisty Genesis nie poprzedziła bowiem praktycznie żadna reklama, co przy wysokiej cenie biletów i małej popularności Raya, mogło mieć negatywny wpływ na zainteresowanie tym wydarzeniem. Tym bardziej, że szkocki muzyk jadąc do Wrocławia zabrał ze sobą tylko gitarę akustyczną i dwóch muzyków towarzyszących. W ramach trasy "acustic trio" nie można było liczyć na typowe rockowe brzmienie, ale raczej akustyczne recitale.


Fot. Marek Przewoźny    
Koncert zaplanowano na 19:30, ja w razie czego zajechałem pod klub już przed siódmą. Warto było, bo zbliżając się do miejsca koncertu zobaczyłem trzech mężczyzn pchających furgonetkę. Okazało się, że jednym z nich był nie kto inny, jak sam Ray Wilson, który chwilę później odwrócił się w moją stronę i z sympatycznym "hi", podał mi rękę. Tym miłym akcentem zaczął się wspaniały wieczór z jednym, z najważniejszych dla mnie wokalistów.

Parę minut potem przekonałem się, że moje obawy odnośnie frekwencji były bezpodstawne. Na pół godziny przed planowanym początkiem imprezy w "Od zmierzchu do świtu" było już sporo ludzi. To dobrze, że reklamowanie takich artystów, jak Wilson jest niepotrzebne. Ci, którzy go znają i lubią dowiedzieli się o jego przyjeździe bez nachalnych plakatów, komunikatów radiowych i ogłoszeń w prasie. Na około dwustu osobową grupę słuchaczy złożyli się zapewne fani Genesis, jak sympatycy nowych, solowych dokonań Szkota.


    Fot. Marek Przewoźny
Parę minut po siódmej Ray i jego towarzysze zaczęli kręcić się po niewielkiej scenie. Wnosili, ustawiali, podłączali i stroili instrumenty. Zrozumiałem w tym momencie, co znaczyły wypowiedziane w 2003 roku słowa Wilsona - "wracam do korzeni". Klub na kilkaset osób, furgonetka, akustyczne koncerty i samodzielne montowanie sprzętu, to dla wokalisty Genesis naprawdę powrót do korzeni.

Potem była krótka próba dźwięku, podczas której liczna już publiczność śpiewała razem ze szkockim wokalistą "Knocking On Heavens Door". Prawidłowy początek koncertu nastąpił około 20:30 i od pierwszych dźwięków było pięknie i bardzo genesisowo. "No Son Of Mine" i "Carpet Crawlers" nic nie straciły z powodu braku pełnego instrumentarium, zabrzmiały doskonale i bardzo wysoko postawiły poprzeczkę dalszej części występu. Dalej było równie pięknie, momentami magicznie, bo Wilson swoim głosem i gitarą, wspomagany przez brata Steva (gitara i drugi wokal) i Irvina Duguida (klawisze) potrafił oddać całą atmosferę zawartą w utworach, jakie wykonywał. A cały wieczór wykonywał utwory bardzo wyjątkowe, bo jak inaczej można nazwać "Firth Of Fifth", którego usłyszeliśmy cały wstęp fortepianowy (brawo Irvin Duguid!), "Whiter Shade Of Pale", "Desperado" czy "Knocking On Heavens Door"?

Set zdominowany był kompozycjami z repertuaru Genesis, ale nie zabrakło miejsca na autorskie piosenki wokalisty z jego dwóch solowych albumów. Najbardziej utkwiły mi w pamięci "Change", "Along The Way" i "Another Day" z albumu "Change". Jego utwory mimo, że mniej znane niż te z repertuaru Genesis, zabrzmiały równie dobrze i udowodniły, że Wilson jest zdolnym kompozytorem.

Fot. Marek Przewoźny    
Nie zabrakło też oczywiście piosenek zespołów Cut i Stiltskin, których szkocki wokalista także był członkiem. Szczególnie "Sarah", "Inside" i "Sunshine And Butterflies" przykuły moją uwagę. Z płyt Genesis doczekaliśmy się jeszcze "Follow You Follow Me", sielankowego "Thats All", i znakomicie przearanżowanego "Land Of Confusion", podczas którego Rayowi pękła struna.

Wokaliście w tym momencie nie pozostało nic innego jak uśmiechnąć się do publiczności, poprosić barmanów o chwilę muzyki z płyty i zabrać się wymianę niesfornej struny. Cały zabieg trwał kilka minut, ale nikt specjalnie nie narzekał, bo wszystkim przydał się moment przerwy na złapanie oddechu.

Z repertuaru Genesis usłyszeliśmy też w całości "Ripples" (znów brawa dla Duguida!), "Shipwrecked", "Not About Us", a nawet "Lovers Leap", czyli pierwszą część słynnej suity "Suppers Ready". Gabrielowski "Biko" mimo skromnego instrumentarium zabrzmiał bardzo mocno, pod koniec wręcz potężnie, podobnie jak collinsowski "In The Air Tonight", który w akustycznej wersji Wilsona doskonale radzi sobie bez, tak ważnych w tym kawałku, bębnów.
    Fot. Marek Przewoźny
Występ razem z bisami trwał grubo ponad dwie godziny. Ray Wilson, wspólnie ze swoim bratem Stevem i Irvinem Duguidem wykonali prawie trzydzieści piosenek, a zrobili to tak, że żadna mi nie umknęła. Żadna także nie znudziła, ani nie zmęczyła. Zmęczenie czułem, ale w rękach, kiedy któryśnasty raz z rzędu trzeba było klaskać z całych sił, żeby choć w małym procencie odpłacić muzykom za piękne dźwięki, jakie wydobywali z instrumentów i gardeł.

Koncert skończył się nieodwołalnie przed 23, ale Ray nie zdążył zniknąć na zapleczu klubu. Tuż pod sceną dopadła go grupa kilkudziesięciu fanów, którzy nie dali mu odejść bez autografów na płytach i koszulkach. Trudno się dziwić entuzjazmowi fanów. Ray Wilson to nie tylko wyborny głos, to nie tylko pomysłowy kompozytor i nie tylko były członek Genesis, ale także przesympatyczny facet, który lubi swoją publiczność i chętnie z nią rozmawia.

Po sukcesie komercyjnym w połowie lat dziewięćdziesiątych odniesionym z grupą Stiltskin, i po niezbyt udanym romansie z Genesis, Ray Wilson wrócił do korzeni w dobrym stylu, a było to możliwe tylko dlatego, że w tym człowieku jest prawdziwa, niczym nie zmącona miłość do muzyki. Nie do sławy, olbrzymich hal, teledysków, milionowych nakładów płyt, czy pieniędzy, ale do muzyki samej w sobie. I to naprawdę widać, kiedy patrzy się na tego człowieka jak gra, jak śpiewa, jak prowadzi dialog z publicznością. I nie ma żadnego znaczenia, że ponad połowa z prawie trzydziestu wykonanych piosenek jest autorstwa kogoś innego. Wilson zapożyczył je w dobrej wierze, wykonał w znakomitym stylu i podarował słuchaczom nowe, bardzo piękne ich wersje.

Trudno powiedzieć jak potoczy się kariera Wilsona. Może przyjdzie mu wrócić na szczyt, na który bez wątpienia zasługuje, a może pozostanie już takim klubowym bardem, jakim jest teraz. Oba rozwiązania będą dobre dla muzyki, pytanie, które będzie lepsze dla samego Wilsona. Ale o tym musi zadecydować już sam wokalista.


Maurycy

Fotografie wykonał: Marek Przewoźny
 
 Odnośniki związane z tematem 
 Inne artykuły
   ArtykułWzywam wszystkie stacjeMaurycy Artykuł nadesłany17 / 09 / 2005
   RelacjaRay Wilson - Wrocław 28.X.2005Maurycy Artykuł nadesłany1 / 11 / 2005
   RelacjaRay Wilson / Stiltskin - Wrocław 28.X.2005Maurycy Artykuł nadesłany1 / 11 / 2006
   RelacjaNajpiękniejszy koncert unpluggedAdam Dobrzyńskimuzyka.onet.pl21 / 05 / 2003
   RecenzjaUnpluggedArtur ChachlowskiMały leksykon wielkich zespołów
   WywiadRay Wilson w MinimaxiePiotr KaczkowskiTrójka18 / 05 / 2003
 Strony internetowe
   Witrynawww.raywilson.co.ukOficjalna strona internetowa Raya Wilsona