Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
RAY WILSONMAURYCY
 
Artykuł nadesłany
Listopad 2005
Wrocław - 28 października 2005
 
    Fot. Hogata
          Ciekawe czy Ray Wilson byłby w stanie policzyć ile rozdał autografów, do ilu zdjęć pozował i ile dłoni uścisnął pewnego, październikowego wieczoru we wrocławskim klubie "Od zmierzchu do świtu"? Pewnie nie, bo były to naprawdę olbrzymie ilości. I tylko cieszyć się należy, że Ray po piętnastu latach kariery, składającej się tyleż z sukcesów, co przykrych niepowodzeń, ciągle ma ochotę po dwugodzinnym koncercie wyjść do swojej publiczności. Inna sprawa, że pół tysiąca ludzi, którzy zjawili się w klubie "Od Zmierzchu Do Świtu", stworzyli tak wspaniałą atmosferę, że obustronne podziękowanie było jak najbardziej na miejscu. To, co wydarzyło się 18 października może na długo wpisać Wrocław w mapę tras koncertowych Raya Wilsona.

          Wszystko zaczęło się właściwie już w marcu tego roku, kiedy Ray Wilson, wówczas w nieco skromniejszym składzie, zagrał we Wrocławiu koncert akustyczny. Mając ze sobą tylko klawiszowca Irvina Duguida i brata Stevena, dał fenomenalny występ. Przyzwoita frekwencja i znakomita atmosfera, jaka towarzyszyła tamtej wizycie dała nadzieje zarówno słuchaczom na kolejne odwiedziny, jak i samemu Wilsonowi na to, że w Polsce jest zapotrzebowanie na jego muzykę. Gdy w dzień jesiennego koncertu popularny "Zmierzch" był pełny okazało się, że optymiści mieli rację, a echa marcowego występu dotarły tam gdzie trzeba.


Fot. Hogata    
          Różnica między koncertem październikowym, a marcowym była zasadnicza. Już napisy na biletach dawały jasno do zrozumienia, że będziemy mieli do czynienia z dwoma różnymi koncertami. Po wiosennym "acustic trio", jesienią przyszedł czas na "full band". Ray przywiózł więc dodatkowych muzyków i zagrał tym razem z prądem.

          Już od godziny 17:30 fani powoli zbierali się pod klubem. Lekkie opóźnienie próby dźwięku sprawiło, że drzwi "Zmierzchu" zostały otwarte dopiero parę minut przed 19. Już wtedy wiadomo było, że przybędzie więcej ludzi niż na poprzedni koncert.

          Opóźnienie przesunęło także początek występu, który planowany był na godzinę 19:30. Ostatecznie około 20 na scenę szybkim krokiem wszedł Irvin Duguid, usiadł przy zestawie klawiszy i otworzył koncert fortepianowym wstępem do "Firth Of Fifth". W czasie tego kilkudziesięciosekundowego fragmentu pojawiali się kolejni muzycy- Ashley i Lawrie McMillan'owie (bas i perkusja), Steven Wilson (gitara) i oczywiście Ray. "Firth Of Fifth" przeszło w głośno odśpiewany przez publiczność "The Lamb Lies Down On Broadway". Trudno było sobie wymarzyć piękniejszy początek. Głos Raya i brzmienia całości nie pozostawiało wątpliwości, że koncert będzie wyśmienity. I był wyśmienity właściwie pod każdym względem.

          Ray znów ciekawie ułożył set mieszając w nim swoje solowe dokonania, jak i twórczość zapożyczoną. Publiczność najżywiej reagowała na utwory Genesis ("Land Of Confusion", "The Lamb Lies Down On Broadway", zawsze piękny "Ripples", "I Can't Dance") ale kompozycje Raya takie jak "Change", "Alone", "The Actor", "Adolescent Breakdown", czy "Goodbye Baby Blue"
    Fot. Hogata
nie są już anonimowymi piosenkami i nawet w tak świetnym towarzystwie prezentują się znakomicie.

          Zespół Wilsona pokazał spore możliwości. Tak jak zapowiadali było mocniej niż w marcu, ale muzycy potrafili też zabrzmieć delikatniej w momentach, kiedy było to potrzebne. Z jednej strony mieliśmy przebojowy i dynamiczny "Land Of Confusion", mocny, rockowy "Footsteps" a z drugiej, wykonany z dużą subtelnością "Ripples", czy dość mroczny "Alone". Wilsonowi i jego ekipie nie obcy jest żaden rodzaj emocji. Ray chętnie sięgał także po gitarę akustyczną. W wersjach bez prądu usłyszeliśmy "Not About Us", jedno z nielicznych wspólnych dzieł Raya z Mike'em Rutherfordem i Tonym Banksem, oraz "Sarah", i już na bis "Roses" i "Shipwrecked".

          Ostatecznie usłyszeliśmy dwadzieścia siedem utworów i choć pewnie każdy obecny nie pogardziłby jeszcze, choć jedną piosenką, można było czuć pełnię satysfakcji. Dostaliśmy długi, piękny koncert, będący w pewnym sensie dialogiem z marcowym, akustycznym recitalem. Wówczas dominowała subtelność, tym razem więcej było potu i iskier.

          Chwilę po koncercie muzycy pojawili się w barze, chętnie rozmawiali z fanami, podpisywali bilety i płyty, wspólnym fotkom nie było końca. Wilson dopiął swego, Wrocław został zdobyty. Teraz może przyjdzie pora na następne polskie miasta, bo dobrze by było, żeby stolica Dolnego Śląska przestała być częścią trasy....po Niemczech.


Maurycy

Fotografie wykonała: Hogata
 
 Odnośniki związane z tematem 
 Inne artykuły
   ArtykułWzywam wszystkie stacjeMaurycy Artykuł nadesłany17 / 09 / 2005
   RelacjaRay Wilson - Wrocław 19.III.2005Maurycy Artykuł nadesłany24 / 03 / 2005
   RelacjaRay Wilson / Stiltskin - Wrocław 28.X.2005Maurycy Artykuł nadesłany1 / 11 / 2006
   RelacjaNajpiękniejszy koncert unpluggedAdam Dobrzyńskimuzyka.onet.pl21 / 05 / 2003
   RecenzjaUnpluggedArtur ChachlowskiMały leksykon wielkich zespołów
   WywiadRay Wilson w MinimaxiePiotr KaczkowskiTrójka18 / 05 / 2003
 Strony internetowe
   Witrynawww.raywilson.co.ukOficjalna strona internetowa Raya Wilsona