Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
PETER GABRIELTOMASZ BEKSIŃSKI
 
Tylko Rock
Nr 53, Styczeń 1996
Archanioł majsterkowicz
            D.I.Y. - Do It Yourself - Zrób to sam. W latach siedemdziesiątych hasło to popularyzował w telewizji Adam Słodowy, starając się znaleźć zajęcie dla maluczkich, których świerzbiły palce. Mniej więcej w tym samym czasie niejaki Peter Gabriel czuł się coraz bardziej zmęczony i ograniczony działalnością zespołową w firmie pod nazwą Genesis. Uciążliwa praca nad magnum opus zespołu - dwupłytowym albumem The Lamb Lies Down On Broadway - ostatecznie przeważyła szalę: artysta wybrał wolność.

Początkowo nęciła go potencjalna kariera aktorska, pragnął też poświęcić więcej czasu rodzinie. Tak naprawdę jednak potrzebował spokoju, oddechu, czasu do namysłu. Dewiza "Zrób to sam" stała się od tamtej chwili jego dewizą, czemu dał wyraz w utworze D.I.Y. - Gdy sprawy nabierają zbyt wielkiego rozmiaru, przestaję im ufać. Chcesz mieć kontrolę: prowadź skromny interes.

Trudno może nazwać ostatnie produkcje sceniczne Gabriela "skromnym interesem", ale trzeba mu przyznać: zaczynał sam jeden, od zera - i do dziś sprawuje nad swoją działalnością całkowitą kontrolę. Dobrał sobie takich współpracowników, którzy wspomagają go twórczo. Jest niezależny. Tworzy to, co chce. Ma na to dowolną ilość czasu. A nas zaprasza do swojego sekretnego świata za sprawą bardzo osobistej muzyki, której poświęcił się prawie bez reszty.

Gdy wiosną 1975 roku przeczytałem w tygodniku "Melody Maker" że Gabriel odchodzi z Genesis, zgrzytnąłem zębami. Zaledwie kilka tygodni wcześniej udało mi się zdobyć album The Lamb Lies Down On Broadway. Nigdy wcześniej nie znałem muzyki Genesis - Polskie Radio raczej nie poświęcało grupie zbyt wiele czasu (przypadkiem nagrałem z jakiejś audycji utwór The Return Of The Giant Hogweed - i to było wszystko). Przeczytawszy o wydaniu Baranka, poczyniłem kroki, żeby płytę zdobyć. I zostałem całkowicie oczarowany. Wręcz powalony. Gdy prawie skakałem ze szczęścia, że odkryłem wspaniały zespół grający "moją" muzykę - bum! Wokalista odchodzi. Podobnie jak wielu fanów Genesis spisałem wówczas grupę na straty. I nie wierzyłem także w solowe dokonania Gabriela. Rzadko bowiem albumy wokalistów dobrych zespołów przynosiły ciekawą muzykę.

Gdy byłem już spokojny o dalsze losy Genesis (płyty A Trick Of The Tail i Wind And Wuthering jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest to "mój" zespół), we wspomnianym tygodniku "Melody Maker" pojawiły się dziwne, zniekształcone fotografie jakiejś twarzy z mocno obiecującym tekstem: Expect the unexpected (spodziewaj się niespodziewanego). Potem był wywiad z Gabrielem, wreszcie reklama płyty i entuzjastyczna recenzja zatytułowana "Gabriel po stronie aniołów". Płyta dotarła do mnie w czerwcu 1977 roku. Byłem już maturzystą w lekkim strachu szykującym się do kariery studenta. Moi rodzice przeprowadzali się do Warszawy. W domu panował chaos i bałagan. A ja wśród tego słuchałem na full Down The Dolce Vita i Here Comes The Flood. To był czas apokalipsy. Mój spacer na Solsbury Hill - utwór ten był dla mnie (obok "Wonderous Stories" Yes) przebojem lata. Nuciłem go bez przerwy.

Pierwszy solowy album Archanioł zrealizował z muzykami wspomagającymi Alice'a Coopera, skorzystał także z usług jego nadwornego producenta Boba Ezrina (dwa lata później współtwórcy The Wall). Jednak wśród muzyków znalazł się także Jego Karmazynowość Robert Fripp, rok później jeden z głównych współpracowników Gabriela na płycie analogicznie zatytułowanej Peter Gabriel. Pierwsze cztery longplaye artysty miały taki sam tytuł - identycznymi literami wypisany w górnym rogu okładki. "Niczym tytułowe strony ilustrowanego magazynu - wyjaśnił w 1980 roku Peter. Różne były tylko sposoby kamuflażu Archanioła. Na pierwszej płycie siedział za przednią szybą samochodu w strumieniach deszczu. Na drugiej (przy wydatnej pomocy artystów z firmy Hipgnosis) zdrapywał swoje zdjęcie własnymi pazurami. Na trzeciej miał twarz stopioną niczym mutant z jakiegoś horroru (pamiętajmy, że Freddie Kruger jeszcze wtedy nie straszył), a na czwartej... trudno powiedzieć, czy potworna afrykańska maska kryje za sobą twarz Mistrza, a może jest tylko mrocznym odzwierciedleniem jego duszy...?

Bardzo czekałem na płytę drugą - a gdy się ukazała, poczułem spory niedosyt. Poza White Shadow i On The Air jakoś nie mogłem się oswoić z surową, agresywną, czasami wręcz punkową muzyką. Gabriel ogolił wówczas głowę na Kojaka. Oficjalnie popierał ruch punk i wstąpił w szeregi artystów nowofalowych. I dwa lata później okazało się, że Dwójka była jedynie brudnopisem Trójki - płyty po prostu genialnej! Jeśli ktoś ma wątpliwości, wspomnę tylko, że na Trójce właśnie po raz pierwszy pojawił się protest-song lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - Biko. A prócz tego arcydzieła, w którym Gabriel prosto i dobitnie, w kilku słowach określa dramat czarnego działacza zamordowanego przez Apartheid (Świat na zewnątrz jest biało-czarny, a tylko jeden z tych kolorów jest martwy) - mamy na Trójce takie perły jak Games Without Frontiers zaśpiewany z udziałem nie mniej anielskiej Kate Bush, Family Snapshot - wnikliwa analiza motywacji zamachowca strzelającego na przykład do prezydenta, I Don't Remember i upiorny Intruder.

Z wielką niecierpliwością wyczekiwałem następnego albumu Gabriela. Kazał nam czekać ponad dwa lata. W tym czasie przeprowadzał badania nad rytmem, zbierał informacje o muzyce afrykańskiej... Eksperymentował długo i pracowicie w swoim prywatnym studiu. Aż w końcu wydał jedną z płyt wszechczasów. Od wstrząsającej introdukcji - Rythm Of The Heat - aż po pełen dramatycznego optymizmu finał (The Kiss Of Life). Czwórka (w Ameryce wydana pod tytułem Security) należy do żelaznego zestawu albumów, które nigdy nie zdołają się znudzić. Jest tam zbyt wiele wątków, zbyt wiele nastrojów, zbyt wiele poziomów wtajemniczenia. trudno wprost uwierzyć, że jeden człowiek był w stanie nagrać taki album w niespełna dwa lata. Dwa lata wytężonej pracy - i ponadczasowy rezultat.

Dlatego raz jeszcze w tym miejscu podejmę wątek rozczarowania i zniesmaczenia, jakiego doznałem cztery lata później, słuchając przeboju Sledgehammer - niczym tytułowy młot walącego w subtelne struktury muzyki z Czwórki. Rozumiem punkt widzenia Gabriela, artysty niezależnego, Pana i Władcy na swoim własnym Zamku (choć nie Karmazynowym). Dla niego Sledgehammer był ukłonem w stronę muzyki, jakiej słuchał w dzieciństwie. Zaś dla wielu tak zwanych krytyków od siedmiu boleści Gabriel nagle zaistniał! Zaistniał jako wykonawca "czujący bluesa". "Swój człowiek!". Dęciaki, trąby, soulowy łomot. Całe bogactwo "znawców" zdjęło kapelusze i peruki. Wcześniejsza głębia dokonań Gabriela była dla nich zbyt głęboka. Na mieliźnie czuli się bezpiecznie: tam nie sposób zamoczyć trąby.

So jest płytą pod wieloma względami piękną i poetycką: Mercy Street, Don't Give Up, We Do What We're Told. I oczywiście wzruszający Red Rain. Dwa zgniłe jabłka nie zatruły zawartości koszyka - ale jak na ironię, były to przeboje: Sledgehammer i Big Time.

Dwa lata później Archanioł powrócił na niebiańskie szlaki, tworząc muzykę do kontrowersyjnego obrazu Michaela Scorsese The Last Temptation Of Christ. Dzięki jego muzyce film nabrał wzniosłości, stał się nie tylko filmową opowiastką o tym, jak Szatan kusił umierającego na krzyżu Chrystusa wizjami szczęśliwości na rodzinnym łonie. Stał się Przeżyciem. A dla mnie - jedynym filmem nawiązującym do tematyki religijnej, jaki postawiłem na półce. Bo pokazuje Chrystusa jako człowieka. Bo nazywa po imieniu wątpliwości każdego z nas.

Płyta Us, pod wieloma względami doskonała, nie zrobiła już na mnie tak wielkiego wrażenia jak poprzednie. Ale ucieszyła i cieszy do dziś. Zaś wideokaseta dokumentująca ostatnią, niemalże teatralną trasę koncertową artysty należy do ulubionych, które oglądam w przerwie między jednym a drugim Hammer horrorem. Wciąga mnie już od chwili, gdy Gabriel z wysiłkiem wydostaje się z budki telefonicznej i zmierza w kierunku Pauli Cole. Co za dziewczyna!!! Co za głos! Archanioły maja szczęście! Najpierw tulił do siebie Kate Bush przez sześć minut w teledysku Don't Give Up. Teraz wytrzasnął skądś wokalistkę równie utalentowaną, co piękną. Jeśli niebawem zagra w jakimś filmie scenę łóżkową z Madeleine Stowe, naprawdę zacznę mu zazdrościć!

Jak widać, zasada "Zrób to sam" przynosi rezultaty. Myślę, że każdy z nas ma swoje Solsbury Hill. Nie zwlekajmy. Czas zacząć się wspinać!

Tomasz Beksiński
 
 Odnośniki związane z tematem 
 Inne artykuły
   BiografiaBadacz egzotycznych kulturTomasz BeksińskiTylko Rock09 / 1991
   ArtykułPrzewodnik po rzadkich nagraniachMichał KirmućTeraz Rock18 / 08 / 2003
   RecenzjaPeter Gabriel '1'Łukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany12 / 11 / 2003
   RecenzjaPeter Gabriel '2'Łukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany14 / 11 / 2003
   RecenzjaPeter Gabriel '3'Łukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany18 / 11 / 2003
   RecenzjaPeter Gabriel '4'Łukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany26 / 11 / 2003
   RecenzjaPeter Gabriel 'So'Łukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany6 / 10 / 2004
   ArtykułZaciśnięta pięśćGrzesiek KszczotekTylko Rock08 / 1993
   RelacjaZamykając za sobą wiekoMałgorzata KościelniakTylko Rock08 / 1993
   RelacjaBliskie spotkania trzeciego stopniaArtur PardelaTylko Rock08 / 1993
 Strony internetowe
   Witrynawww.petergabriel.comOficjalna strona internetowa Petera Gabriela
   Witrynawww.realworld.on.netOficjalna strona internetowa wytwórni płytowej Real World
   WitrynaAnd Through The Wire - Peter GabrielNieoficjalna strona internetowa poświęcona Peterowi Gabrielowi
   Witrynawww.solsburyhill.orgNieoficjalna strona internetowa poświęcona Peterowi Gabrielowi
   Witrynawww.pgstrona.prv.plNieoficjalna polska strona poświęcona Peterowi Gabrielowi