Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
GENESISBARTEK BARTOSIŃSKI
 
Ripples
Luty 1998
Koncert w katowickim spodku
 
     Bilet wstępu
Genesis po raz pierwszy gościł w Polsce. Z tej okazji środki masowego przekazu zgotowały mu nie lada przyjęcie. Każda gazeta poświęcała temu wydarzeniu specjalne artykuły, a telewizja wykupiła prawa do transmisji koncertu.

Oprawa wizualna koncertu była o wiele skromniejsza, niż podczas ostatniego tourne grupy z Philem Collinsem. Próżno wypatrywać gigantycznych telebimów, na których podczas koncertów pokazywane były obrazy uatrakcyjniające część muzyczną. Ciekawe, czy będzie tak tylko na wschodniej części trasy, czy jest to po prostu wynikiem gorszej sprzedaży ostatniej płyty i cała Europa zobaczy show Genesis w wersji uszczuplonej.

Polska publiczność dopisała. Wśród chętnych do obejrzenia koncertu byli zarówno ci, którzy Genesis poznawali jeszcze wtedy, gdy był w nim Peter Gabriel, jak i ci, którzy z grupą ta zapoznali się przy okazji "Calling All Stations".

Koncert rozpoczął się co do minuty zgodnie z czasem. Tykanie zegara i potężne uderzenia perkusji, jakby zwielokrotnione, zwolnione bicie serca - No Son of Mine. Jest to jeden z pierwszych utworów, jakie wziął na warsztat nowy wokalista Ray Wilson. W wersji akustycznej można go było usłyszeć na pierwszym koncercie promującym nową płytę - na Przylądku Canaveral w Stanach Zjednoczonych w zeszłym roku.

Zaraz potem Land of Confusion, - jeden z ambitniejszych tekstowo, a jednocześnie jeden z największych przebojów grupy, utwór pochodzący z bestsellerowego albumu "Invisible Touch" z 1986 r. Ponieważ utwór ten wymagał od wokalisty więcej ruchu, była okazja, by porównać "mobilność" obecnego i poprzedniego wokalisty. Mimo że porównanie takie daje wynik korzystniejszy dla Collinsa, to jednak jest coś takiego w Wilsonie, co od początku każe go lubić. Collins był wielką gwiazdą świecącą gdzieś daleko od nas. Ray to "koleżka" trochę onieśmielony, jeszcze niezbyt obyty z wielkim show-bussinesem, swym sposobem bycia wzbudzającym wielką sympatię.

Zaraz potem Land of Confusion, - jeden z ambitniejszych tekstowo, a jednocześnie jeden z największych przebojów grupy, utwór pochodzący z bestsellerowego albumu "Invisible Touch" z 1986 r. Ponieważ utwór ten wymagał od wokalisty więcej ruchu, była okazja, by porównać "mobilność" obecnego i poprzedniego wokalisty. Mimo że porównanie takie daje wynik korzystniejszy dla Collinsa, to jednak jest coś takiego w Wilsonie, co od początku każe go lubić. Collins był wielką gwiazdą świecącą gdzieś daleko od nas. Ray to "koleżka" trochę onieśmielony, jeszcze niezbyt obyty z wielkim show-bussinesem, swym sposobem bycia wzbudzającym wielką sympatię.

Tym bardziej, jeśli kolejnym utworem, który zaśpiewał był The Lamb Lies Down On Broadway. W całości, a nie tak, jak podczas poprzedniej trasy, we fragmencie. I trzeba powiedzieć, że Wilsonowi wykonanie go wyszło niesamowicie. There's always magic in the air jak mówią ostatnie słowa tego utworu.

Teraz nastąpiło przywitanie. Wilson wydobył kartkę i prosząc o pomoc przeczytał: "dzień dobry Katowice, dzień dobry Polska, dobrze być tutaj, dziękuje że jesteście tutaj, bawmy się dobrze, następny utwór... Calling All Stations". Podczas trwania utworu nagle w górę poszły cztery "pompowane" rury, na końcu których osadzone były reflektory. Był to jeden z niewielu efektów podczas trwania koncertu. Jak się okazało nie były to takie zwykłe reflektory...ale o tym za chwilę.
Acoustic set    
Następny Alien Afternoon, choć zaczyna się dość nieciekawie, w dalszej części daje okazje do wielu wzruszeń muzycznych. Na koncercie dodatkowo Anthony Drennan zaserwował nam wspaniałą solówkę gitarową. W tym czasie Mr. Rutherford również w dłoni trzymał gitarę! Tak więc Genesis ukazuje nam nowe, mocniejsze oblicze, gdzie gitary znowu nabrały znaczenia, jak było to za Hacketta.

Powoli zacząłem przyzwyczajać się do układu nowe-stare, więc już podświadomie spodziewałem się teraz czegoś z dalszej przeszłości Genesis. Nie zawiodłem się. W zapowiedzi Ray opowiedział o tym, kiedy po raz pierwszy usłyszał ten utwór. The Carpet Crawlers. Drugi tego wieczoru utwór z kultowego Baranka - rock opery z 1974 roku. Do tej pory sądziłem, że jest to ostatni utwór jaki powinni grać na koncercie. Nie podobała mi się wersja z Seconds Out albumu koncertowego z 1977 r. Tu, z Wilsonem i dodatkową gitarą zabrzmiało to wspaniale. A może to tylko czar koncertu?....

Gdy Ray przyszedł na przesłuchanie, które miało go zakwalifikować do Genesis Tony i Mike zagrali mu pewien świeżo skomponowany motyw muzyczny i powiedzieli mu "zaśpiewaj coś". Wtedy gdzieś w głębi mojej głowy wyrażenie "There Must Be Some Other Way" przypominał sobie na scenie Ray. Zaraz potem grupa wykonała ten utwór z nieco zwolnionym początkiem, jakby chcąc mu nadać więcej dramaturgii.

Domino. Ponad dwunastominutowy, dwuczęściowy utwór z "Invisible Touch". Pełen soczystej dynamiki z zagadkowym, pełnym obaw i przerażenia tekstem. Być może z powodu tej kompozycji wielu twierdziło, że "Invisible Touch" to zaszyfrowany koncept album o zagrożeniu wojną atomową.

Ray na chwilę gdzieś znika i po chwili staje przy mikrofonie z przenośnym radyjkiem. Słyszymy, jak je stroi, jakieś zapowiedzi spikerów radiowych, debaty polityczne... Tłum szaleje w momencie, gdy Ray natrafia na prognozę pogody. Po chwili z eterowego chaosu wyłania się motyw muzyczny Shipwrecked, drugiego singla z "Calling All Stations".

Po Shipwrecked następuje jeden z najbardziej oczekiwanych fragmentu koncertu. Firth of Fifth, kto wie, czy nie najlepsza kompozycja Genesis. Wkraczamy w bajkowy świat, gdzie instrumenty zlewają się w Muzykę. Do czasu. Tam, gdzie kiedyś Hackett malował swój temat, nowy gitarzysta nieporadnie próbuje go odtworzyć i nagle czar pryska. Instrument jest po prostu odtwarzany, brak w graniu uczucia, tak jakby Drennan czytał tę solówkę, zupełnie jej nie rozumiejąc. Na szczęście potem na główny plan wchodzą znów klawisze, a Tony Banks zna swój fach doskonale i lepiej niż... on sam zagrać nie może.

I znów coś dla tych, którzy Genesis znają tylko z ostatniej płyty. Przebojowy Congo zagrany w nieco wydłużonej wersji.

Po Congo Ray zajął się ukazywaniem niezwykłości mobilnych lamp umieszczonych na specjalnych pneumatycznych podnośnikach ze srebrnego materiału. Wilson wytłumaczył nam, że są to dziewczyny poszczególnych muzyków i rozpoczął bardzo dowcipną prezentację ich umiejętności. Ponieważ jednak lamp tych było tylko cztery, okazało się, że Ray jest samotny. Dlatego, powiedział, szukam dziewczyny, z którą bym mógł spędzać czas w Szkocji, w Domu Nad Morzem. Ostatnie słowa Raya to oczywiście tytuł dwuczęściowej kompozycji, która, naturalnym biegiem rzeczy musiała teraz zostać zagrana.

Home By The Sea i Second Home By The Sea. Wspaniały kawałek pełen popisów klawiszowo-gitarowych, zwłaszcza w drugiej, instrumentalnej części. Niestety skala głosu Wilsona nie pasuje do tego utworu. Jako że Collins miał o wiele jaśniejszą barwę głosu, Ray nie ma szans, by wykonać ten utwór jak jego poprzednik, choćby nie wiem jak się starał. Za w utworach ery gabrielowskiej wypada już dużo lepiej od Collinsa.

Następuje tajemniczy zestaw akustyczny, którego szczegóły do ostatniej chwili trzymane były w tajemnicy (chyba, że ktoś był na koncercie w Budapeszcie dwa dni wcześniej).
    Ray Wilson
Kolejno usłyszeliśmy Dancing With The Moonlit Knight, Follow You Follow Me i sam początek wielkiej suity Supper's Ready o podtytule Lover's Leap. Jakże członkowie grupy się zdziwili, gdy podczas tego ostatniego cała sala śpiewała niemalże zagłuszając słowa Wilsona, ku zaskoczeniu jego i reszty grupy.

Z zupełnych ciemności wyłonił się utwór Mama, a Nir Z poszedł sobie na piwo, podczas gdy prawie cały utwór wykonał za niego automat perkusyjny.

Nie do poznania odmieniło się w porównaniu do wersji studyjnej The Dividing Line. Już na początku utwór wzbogacony został o bardzo ciekawy instrumentalny wstęp z "siarczystą" grą gitar. W środkowej części utworu perkusista zagrał bardzo ciekawą solówkę na bębnach. Gdy jednak sobie przypomnieć Phila wrażenie po tym wyczynie może nieco zblednąć. Nir jest wolniejszy od Collinsa i jeszcze sporo mu brakuje, by dogonić w umiejętnościach poprzednika. Poza tym, co tu dużo mówić, na poprzedniej trasie było dwóch perkusistów i w instrumentalnych fragmentach utworów grali oni w duecie. Niestety obecna trasa wciąż będzie tylko cieniem poprzedniej. Przynajmniej jeśli chodzi o rozmach.

Kolejne utwory to Invisible Touch i Turn It On Again. Szkoda, że tak, jak podczas trasy "Mama" nie wpletli w tą drugą kompozycję paru coverów. W trakcie przedstawiania muzyków grupy po raz kolejny tego wieczoru Tony Banks wzbudził największy aplauz. Ten niedoceniany muzyk jak najbardziej na to zasłużył i cieszę się, że polska publiczność o tym pamiętała (sam krzyczałem najgłośniej jak potrafiłem).

Na bis zagrali Throwing It All Away, który, moim zdaniem, powinien odejść wraz z Collinsem, bo jest on typowo collinsową miłosną, nieco łzawą balladką.

Po chwili oczekiwania dźwięki jak z kreskówki, a za bębnami znów pustka. No tak, I Can't Dance. Tą piosenkę zna każdy, nawet jeśli nie zna Genesis. Wilson zeskakuje ze sceny i szuka sobie partnerki, która nauczyłaby go tańczyć. Odnaleziona niewiasta nazywa się Marta, choć Ray, żeby nie łamać sobie języka, od razu nazwał ją Samantha. Dziewczyna jest tak zachwycona, że jakoś nie kwapi się, żeby zejść ze sceny. Dopiero odprowadzona przez Wilsona zanurza się w tłumie. Teraz kolejna niespodzianka. Wilson zaczyna grać na... harmonijce ustnej. Dość znacząco zmieniło to charakter utworu, niwelując jego "rąbankowy" charakter i poprawiając humor starszym fanom Genesis, którzy jak jeden mąż nienawidzą tego utworu.

Muzycy żegnają się wspólnym ukłonem z publicznością, a zapalające się światła kończą nadzieję na jeszcze.

Ci, którzy zdecydowali się pozostać w domach i obejrzeć koncert w telewizorze stracili naprawdę bardzo wiele. I nie mówię tak tylko dlatego, że sam byłem osobiście i uległem czarowi atmosfery. Kiedy obejrzałem po powrocie, to, co zrobiła z koncertu Telewizja Polska S.A, po prostu opadła mi szczęka. Kamery zawieszone na metalowych ramionach szalejące jak pijane, brak synchronizacji audio-video, spłycenie dźwięku to tylko niektóre "zalety" transmisji. Po raz kolejny więc sprawdziła się zasada, że lepiej widzieć własnymi oczami, niż liczyć na czyjeś subiektywne spojrzenie.

Bartek Bartosiński

RipplesBiografia ta pojawiła się oryginalnie na serwisie internetowym
Bartka Bartosińskiego "Polska Strona Genesis - Ripples".
Materiał ten został przekazany serwisowi "W Klatce" przez autora strony.
Wykorzystywanie artykułu bez zgody autora jest zabronione.
Ripples
 Odnośniki związane z tematem 
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuAndrzej KłyszejkoArtykuł nadesłany04 / 2002
   BiografiaBiografia GenesisPaweł RoczniakArtykuł własny
   BiografiaRockowy teatr dla elityBartek BartosińskiRipples1998
   WywiadGenesis w RMF FMPiotr MetzRMF FM1997
   ArtykułWzywam wszystkie stacjeMaurycy Artykuł nadesłany17 / 09 / 2005
   ArtykułTaniec na wulkanieWojciech MachałaTylko Rock08 / 1998
   RelacjaCalling All Stations TourRoman Milowskiwww.rockmetal.pl15 / 05 / 1998