Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
GENESISBARTEK BARTOSIŃSKI
 
Ripples
1998
Rockowy teatr dla elity
 Rodzice Jill, żony Petera Gabriela, mieszkali w starym domu, na którego strychu znajdował się bardzo dziwny pokój. Cały w purpurze i czerni był zdecydowanie chłodniejszy niż cała reszta domu.

Nie wiadomo co skłoniło ich pewnego razu by tam zajrzeć. Być może złe moce, a może zwykła ludzka ciekawość. Tak, czy owak, gdy Pete i Jill wraz z Johnem, ich przyjacielem, prowadzili sobie przyjacielską pogawędkę, nagle w pokoju diametralnie zmieniła się atmosfera. Firanka poruszała się, pomimo że nie było wiatru, a w pokoju zrobiło się lodowato. Również w zachowaniu Jill było coś niezwykłego. Ni stąd ni zowąd zaczęła mówić jak w transie. Peter podszedł do niej ze świecą i gdy spojrzał na nią ujrzał obcą twarz zamiast jej własnej. Niezwykle go to przeraziło. Incydent ten stał się inspiracją Supper's Ready, epickiej opowieści o walce dobra ze złem.

Znalazł się on na "Foxtrot", czwartym z kolei albumie Genesis, który przyniósł im sławę i statut grupy kultowej. Zanim to jednak nastąpiło musiało upłynąć sporo czasu.

Wszystko zaczęło się w Charterthouse, ekskluzywnej szkole z internatem w hrabstwie Surrey. Tam, wychowywani według zasad Anglii wiktoriańskiej Peter Gabriel, Tony Banks, Michael Rutherford oraz Anthony Phillips i Chris Stewart nawiązali pierwszy flirt z muzyką. Ich artystycznym opiekunem został Jonathan King, absolwent tej samej szkoły, której oni do tej pory byli uczniami. On też wymyślił im nazwę i w dużym stopniu narzucił styl W ten sposób powstał ich debiutancki album "From Genesis to Revelation" nagrany podczas wakacji 1968 roku już z nowym perkusistą Johnem Silverem.

Ilość sprzedanych egzemplarzy tego albumu nie przekroczyła nawet 1000 egzemplarzy. Po części spowodowała to nazwa zespołu. W większości sklepów "From Genesis to Revelation" umieszczono w dziale z muzyką religijną. Z drugiej strony również treść tego wydawnictwa nie była zbyt interesująca. Wypełniały ją krótkie piosenki inspirowane przede wszystkim wydanym parę miesięcy wcześniej "Days of Future Passed" The Moody Blues. Słychać tu również wpływy przebojów Bee Gees i ballad Rolling Stonesów. Jakże odmienna to pozycja w porównaniu z tym, co grupa zaproponowała już parę lat później...

Winę za wtórność dzieła w większości ponosił King, który robił wszystko, by nadać utworom Genesis chwytliwości ówczesnych przebojów pop. Powodowało to konflikty między nim, a muzykami, co w efekcie doprowadziło do zerwania kontraktu i współpracy.

Mimo niepowodzenia tego wydawnictwa i brew zdrowemu rozsądkowi Gabriel i koledzy zdecydowali się przerwać naukę i całkowicie poświęcić muzyce.

Dopiero teraz, po uwolnieniu się spod mało rozwijającej opieki Jonathana Kinga, Genesis rozpoczęło mozolną pracę nad wypracowaniem własnego stylu. Pierwszym efektem tego wysiłku był "Trespass", który ukazał się w 1970 r. Charakteryzował się on niezwykle pastelowym brzmieniem, wyczarowanym w większości przy pomocy gitar dwunastostrunowych oraz fortepianu, organów i melotronu. Nieco większą dawką agresji wyróżniał się jedynie The Knife, parodia protest songu, jakich wiele można było usłyszeć w tamtych latach.

Życie w trasie wymagało wielu poświęceń i siły. A koncerty były jedynym sposobem promocji, nie było wówczas bowiem teledysków, a singiel w przypadku Genesis nie zdawał egzaminu. Niestety, takiego tempa pracy nie mógł znieść Antony Phillips - główny gitarzysta i współzałożyciel grupy. Dlatego zdecydował się opuścić szeregi Genesis, by poświęcić się studiom muzycznym. W tym samym czasie zespół postanowił również zmienić perkusistę (w tym czasie był nim John Mayhew). I tak już przy samym rozruchu machiny rockowej w grupie nagle zabrakło dwóch trybów.

W końcu jednak zmiany personalne opłaciły się z nawiązką. Genesis zyskał znakomitego, bardziej agresywnego od poprzednika, ale z równą, nie poddającą się schematom, wyobraźnią, gitarzystę Steve'a Hacketta i świetnego perkusistę Phila Collinsa. Obydwaj mieli już na swoim koncie występy z profesjonalnymi zespołami, pierwszy z Quiet World, drugi z Flaming Youth.

W tym składzie grupa nagrała płytę diametralnie różniącą się od poprzedniej. Na "Nursery Cryme" nowy gitarzysta wniósł rockowe zacięcie, a bębniarz znacznie usprawnił sekcję rytmiczną.

Utworem, który robił największe wrażenie by otwierający przeszło 10-minutowy The Musical Box. Opowiada on o dwojgu dzieci: ośmioletnim Henrym i rok starszej Cynthi,
    Peter Gabriel podczas wykonywania The Musical Box
która podczas gry w krykieta, zupełnie niechcący, strąca kijem swemu młodszemu koledze głowę. Później odnajduje tytułową katarynkę w jego pokoju i, gdy ją nakręca, wypuszcza z niej ducha Henrego, który gwałtownie przeżywa proces starzenia.

Jak nigdy przedtem, ani potem prym wiodła tu ostra gitara elektryczna. Zaczyna się zupełnie niepozornie od delikatnych fraz gitary (kto wie czy nie im zawdzięczamy wstępu do Grendela Marillion) i jak gdyby nigdy nic toczy się do przodu, aż do momentu, kiedy to staruszek Henry Hamilton-Smythe, przeżywa ekstazę. Wtóruje mu gigantyczny, jak na tamte czasy, przyprawiający o uczucie bliźniacze Henremu zgiełk, jakiego nigdy już potem Genesis nie doznał.

Tymczasem zespół, mimo ciągłych koncertów, wciąż był w Anglii grupą z drugiej ligi. Nagle jednak okazało się, że "Nursery Cryme" osiągnął czwarte miejsce na liście przebojów we Włoszech! Inspirowani tym, faktem wybrali się tam zabierając ze sobą dziennikarza New Musical Express. Dzięki temu mogli liczyć na pierwszy w swej karierze większy reportaż ze swej działalności. Trasa po Italii okazała się wielkim sukcesem. Grupa grała nie tylko w małych klubach, lecz również na stadionach sportowych. Podbudowani faktem popularności poza wielką Brytanią, przystąpili do nagarnia, kolejnego albumu, mając nadzieję, że tym razem podbiją serca również rodzimej publiczności.

W tym czasie koncerty Genesis stopniowo zaczęły przekształcać w rodzaj rockowych, parateatralnych spektakli. Wynikało to ze starań Petera Gabriela, by zabawić publiczność między poszczególnymi utworami i podczas ich trwania. Początkowo opowiadał zabawne, często zmyślone na poczekaniu, historyjki, jako zapowiedź kolejnej kompozycji. Logiczną tego konsekwencją były eksperymenty z różnorakimi maskami i ubiorami. Na przykład podczas trwania The Musical Box Gabriel miał w tym czasie zwyczaj schodzić ze sceny podczas trwania długiego fragmentu instrumentalnego w środku utworu.
Peter Gabriel podczs wykonywania The Musical Box     
Podczas wejścia na finał "Katarynki" pojawiał się w długiej czerwonej sukni i masce lisa, przypominając postać z okładki "Foxtrot" dryfującej na krze. Gdy zastosował ten zabieg po raz pierwszy, publiczność oniemiała. Później stało się to znakiem charakterystycznym grupy i świetnie uzupełniało muzyczną część koncertu. Z czasem jednak te "przebieranki" zaczęły irytować resztę grupy. Twierdzili oni, że odciąga to uwagę od samej muzyki i wkrótce może dojść do sytuacji, iż ludzie przestaną przychodzić na koncerty po to by ich posłuchać, a zaczną po to, by tylko popatrzeć.

Wykorzystując moment dobrej passy Genesis wytwórnia Charisma wydała w Sierpniu 1973 roku album koncertowy zatytułowany po prostu "Live" ukazujący bardziej drapieżną stronę grupy. W zestawie znalazły się same dynamiczne utwory w rodzaju The Knife czy rozpoczynający się iście heavy metalową solówką The Return Of The Giant Hogweed.

Już w trzy miesiące później ukazała się czwarta studyjna płyta Genesis "Selling England by the Pound". Mimo zakusów grupy na podbicie Ameryki stworzyła ona dzieło bardzo angielskie. Już sam tytuł płyty to hasło ówczesnego manifestu Brytyjskiej Partii Pracy. Muzyka z tego albumu jest niezwykle oszlifowana, bez zadziorów znanych z przeszłości, nie pozbawiło to jej jednak polotu. Dzięki, po raz pierwszy w Genesis zastosowanym syntezatorom, dźwięk nabrał przestrzeni i kolorytu. Firth of Fifth, najjaskrawszy dowód na potwierdzenie tego faktu, do dziś grany jest na koncertach i należy do najbardziej udanych kompozycji Genesis (mimo że powstał motywów wcześniej odrzuconych!). Również na "Selling England..." znajduje się pierwszy przebój grupy I Know What I Like (In Your Wardrobe) opowiadający o leniuchu zilustrowanym na okładce płyty. Tekstowo jest to prawdziwa skarbnica angielskiego humoru i zabaw językiem zrozumiałych tylko przez Brytyjczyków. Któż na przykład domyśli się, że Staffordshirskie platery z The Battle Of Epping Forest to slangowe określenie na dewiację seksualną? Nie wspomnę tu już o niezliczonych, nieprzetłumaczalnych na inne języki, grach słów.

Przy tej okazji chciałbym zrobić dygresję do strony literackiej Genesis. Otóż by zrozumieć teksty grupy nie wystarczy znać języka angielskiego. Trzeba znakomicie orientować się zarówno w mitologii, jak również znać kulturę brytyjską. Faktem jest, że większość wesołych utworów Genesis, szczególnie tych wczesnych, jest całkowicie niezrozumiała dla Amerykanów.
    Genesis podczas wykonywania Supper's Ready
To tłumaczy dlaczego Genesis był uważany za jedną z niezwykle pryncypialnych art rockowych formacji. Po prostu większość słuchaczy spoza Anglii nie było w stanie w pełni zrozumieć treści zawartych w słowach. A wiadomo, że niezrozumiałe zazwyczaj wydaje się napuszone i poważne...

Nie wiadomo czemu wielu twierdziło, iż następny album "The Lamb Lies Down On Broadway" to ukłon w stronę publiczności amerykańskiej. Czy to, że w tytule występuje nazwa dzielnicy Nowego Jorku ma już świadczyć za całą resztę? Jest to przecież najbardziej zawikłany tekstowo i najtrudniejszy w odbiorze muzycznie album Genesis. Poza tym jest znienawidzoną w ówczesnych czasach operą rockową.

Już podczas nagrywania "The Lamb..." pojawiły się pierwsze niesnaski pomiędzy Gabrielem, a resztą grupy. Tylko dzięki kompromisowi udało się opóźnić odejście frontmana. Jednak zmiana w składzie była już przesądzona. Następna płyta została nagrana bez Gabriela.

Nieoczekiwanie dla wszystkich, nawet dla samych członków Genesis, nowym wokalistą został Phil Collins. Mimo pesymizmu przejawianego przez fanów i krytykę muzyczną, która wiązała odejście Petera z ujściem z Genesis wszelkich sił twórczych, płyta, która ujrzała światło dzienne na początku 1976 roku, była genialna, być może najlepsza w całym dorobku grupy. Wypełnił ją cykl piosenek baśniowych w warstwie muzycznej, jak również tekstowej. Najlepszym tego przykładem jest Squonk, opowiadający o stworzeniu, które złapane w sidła myśliwego zamienia się w kałużę łez. Wielkie wrażenie robi również Los Endos, ostatni na płycie utwór instrumentalny, który stanowi jakby podsumowanie całej reszty albumu, zawiera bowiem w sobie główne tematy muzyczne tegoż, plus niemalże jazzowe improwizacje, wynikające, jak można by mniemać, z fascynacji Phila tym rodzajem muzyki (w tym czasie zresztą zaangażował się on w projekt jazz-rockowy Brand X).

Jeszcze w tym samym roku, pod sam koniec grudnia, ukazał się kolejny krążek czwórki muzyków "Wind and Wuthering". Tym razem recenzje były bardzo różne. Często twierdzono, że album jest przesłodzony. Ci, którzy bronili "Wiatrów i wietrzyków" podkreślali jego bajkowe piękno w konfrontacji z trwającą właśnie rewoltą punkową, pozbawioną jakiejkolwiek fantazji.

Zresztą punk wcale nie poradził sobie z Genesis. W tym czasie kolejki po bilety na koncerty grupy ustawiały się już w nocy, a niektórym fanom nie przeszkadzała nawet burza śnieżna.

Podczas miksowania materiału na drugi krążek koncertowy "Seconds Out", z Genesis niespodziewanie odszedł Steve Hackett. W udzielanych później wywiadach twierdził, że musiał tak uczynić, ponieważ nie mógł znieść już rozcieńczania jego autorskich pomysłów i ciągłej walki o czas na płycie. Wiele z, jego zdaniem, świetnych pomysłów, odkładanych zostało na półkę, bowiem nie pasowały reszcie zespołu. Hackett pierwsze kroki kariery solowej miał już za sobą. Bowiem te jego koncepcje, które nie znalazły poparcia u kolegów, znalazły się na jego debiutanckiej płycie "Voyage of the Acolyte", która przyjęła całkiem pochlebne recenzje.

Tak więc grupa przystąpiła do nagrywania płyty w trójkę, a nowy album opatrzony został znaczącym tytułem "...And Then There Were Three..." (I zostało ich tylko trzech). Wypełniały go piosenki, zazwyczaj nie przekraczające pięciu minut. Powoli w repertuarze grupy zaczęły pojawiać się utwory miłosne. W związku z tym na koncerty Genesis zaczęły przychodzić kobiety, w odróżnieniu od przeszłości, gdy można na nich było ujrzeć tylko pryszczatych studentów (jak to określił Phil Collins). Właśnie piosenka miłosna stała się największym przebój Genesis z lat siedemdziesiątych. Follow You Follow Me znalazła miejsce na wielu ówczesnych składankach z kawałkami do "tańca-przytulańca".

"Duke" był kolejnym krokiem Genesis w stronę komercji. Chociaż z drugiej strony był też czymś w rodzaju mini koncept albumu, bowiem pierwszą jego część wypełniał cykl utworów połączonych ze sobą opowiadających o Albercie, wiecznie nieszczęśliwym kochanku, który zakochiwał się nie tylko w każdej napotkanej kobiecie, ale i w każdym napotkanym przedmiocie (wszystko jedno czy był to telewizor, czy drewniany drągal). W drugiej części płyty pojawiły się dwa wielkie hity Misunderstanding i Turn It On Again, oraz dwie słodkie "przytulanki" już swoimi tytułami sugerujące treść (Alone Tonight i Please Don't Ask). Na koniec zastosowano zabieg ekwiwalenty do Los Endos z "A Trick of the Tail": Dwa instrumentalne utwory o charakterze flashbacku łączącego album w klamrę.

Latem 1981 roku nadszedł koszmar, będący zmorą wszystkich fanów Genesis. Dowodem na to jak nisko mogą upaść nawet tak wspaniali artyści poprzez obranie błędnej drogi poszukiwań muzycznych. "Abacab" z równie "zachęcającą" okładką jak zawartością krążka, był produktem przeznaczonym do dyskotek. Poza Dodo / Lurker wypełniały ją nijakie mdłe pioseneczki właśnie w konwencji ówczesnego disco.

Na szczęście panowie zboczyli nieco z tej zgubnej ścieżki i znów wstąpili w obszary bardziej artystyczne. "Genesis" z 1983 to płyta pełna soczystych brzmień i stosunkowo łatwo przyswajalnych utworów. Grozę (oczywiście nie tego rodzaju co "Abacab") może budzić Home By The Sea i jego kontynuacja instrumentalna Second Home By The Sea. Zupełnie inny charakter miał That's All muzycznie sięgający do przebojów wodewilowych. Bardzo ciekawie prezentował się również Illegal Alien, w zabawny sposób przedstawiający temat emigracji zarobkowej z Meksyku do stanów Zjednoczonych. Tym razem powstał on pod wpływem muzyki latynoamerykańskiej.

W tym okresie Genesis nieco zwolnił obroty. Płyty zaczęły ukazywać się rzadziej, co w pewnej części spowodowane było solowymi karierami członków grupy. W związku z rosnącą popularnością Phila Collinsa, niektórzy ignoranci zaczęli nawet nazywać Genesis Philem Collinsem, tak, jakby Banks i Rutherford byli tylko muzykami sesyjnymi. Choć z drugiej strony rzeczywiście różnice, między popowym Collinsem, a Genesis, stawały się coraz mniejsze. "Invisible Touch" z 1986 roku, to kolejny kompromis utworów w konwencji MTV z dłuższymi kompozycjami. Z tym, że raczej na korzyść tych pierwszych.

Na kolejny album trzeba było czekać pięć lat. "We Can't Dance" był wbrew obawom miłą niespodzianką. Mimo pewnej ilości hitów panowie zaserwowali nam również trochę ambitniejszej muzyki. Na tym tle wyróżniają się szczególnie Driving The Last Spike i Fading Lights. Oba przeszło dziesięciominutowe dają dużo miejsca na wspaniałe popisy instrumentalne, szczególnie klawiszy i perkusji. Z tej płyty pochodzi również pewien nijaki utwór oparty na prostym riffie gitarowym, który stał się prawdziwym megahitem (o ironio!) I Can't Dance, który w dużym stopniu swój sukces zawdzięczał świetnemu teledyskowi zwieńczonym w finale parodii tańca Michaela Jacksona w wykonaniu Phila.

I znów wszyscy fani Genesis musieli się przygotować na długą przerwę osłodzona jedynie dwoma krążkami z zapisem ostatniej trasy koncertowej.

Niestety zamiast nowej płyty gruchnęła wiadomość o odejściu Collinsa. Wedle jego słów komentujących ten czyn, rozstał się on z kolegami w przyjacielskiej atmosferze, by w pełni poświęcić się karierze solowej, tak muzycznej, jak i aktorskiej.

Tony Banks Ray Wilson i Mike Rutherford    
W rzeczywistości Collins podjął swą decyzję dużo wcześniej, bo już w sierpniu 1993 roku podczas uroczystego obiadu zorganizowanego przez Tony Smitha. Nie podano jednak tej decyzji do wiadomości publicznej, żeby dać czas Banksowi i Rutherfordowi na zastanowienie się nad dalszymi krokami.

Tym razem bez ingerencji z zewnątrz obejść się nie mogło. Po paru miesiącach poszukiwań do grupy przystąpili: wokalista Ray Wilson z grupy Stiltskin i aż dwaj perkusiści: Nick D'Virgilio z mało znanej amerykańskiego Spock's Beard oraz Nir Z.

W tym składzie grupa przystąpiła do nagrania nowego albumu "Calling All Stations", który ujrzał światło dzienne w okolicach września 1998 roku.

Zgodnie z zapowiedziami Banksa i Rutherforda album różni sie od ostatnich płyt Genesis. Jest cięższy, z bardziej mrocznymi brzmieniami, krótko mówiąc rodzaj powrotu do dawnego brzmienia. Płyta jest doskonała, poza drobnymi mankamentami. Okazało się, że odejście Phila odbiło się na muzyce Genesis dość boleśnie. Nowi perkusiści niewiele inwencji wkładają w swoje granie. Być może stało się tak dlatego, że album skomponowany został ze wsparciem automatu perkusyjnego.

Poza tym słuchanie albumu bardzo utrudniają denerwujące wyciszenia. Tylko jeden utwór uratował się od ręki nawiedzonego realizatora, który zupełnie bezmyślnie używał suwaka głośności.

Bartek Bartosiński

RipplesBiografia ta pojawiła się oryginalnie na serwisie internetowym
Bartka Bartosińskiego "Polska Strona Genesis - Ripples".
Materiał ten został przekazany serwisowi "W Klatce" przez autora strony.
Wykorzystywanie artykułu bez zgody autora jest zabronione.
Ripples
 Odnośniki związane z tematem 
   BiografiaKsiążęta i żebracyWiesław WeissTylko Rock09 / 1991
   BiografiaBiografia GenesisPaweł RoczniakArtykuł własny
   BiografiaGenesis - niby zwykła historia...Sebastian Górskikoneser.czardybon.net1997
   ArtykułRock w ramach fantazjiMichael WaleBrytania08 / 1974
   ArtykułPierwsze nagrania GenesisPaweł RoczniakArtykuł własny
   RecenzjaGenesis - PłytyWiesław WeissTylko Rock09 / 1991
   WywiadRewelacje z GenesisChris WelchGenesis Special Magazine1987
   WywiadGenesis w RMF FMPiotr MetzRMF FM1997