Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
ZWYCIĘŻYĆ W IGRZYSKACH OLIMPIJSKICHGRZEGORZ
CZYŻ

 
Tylko Rock
Nr 93
Maj 1999
Rozmowa z Rayem Wilsonem
            Odkąd sięgam pamięcią zawsze pragnąłem poznać któregoś z członków grupy Genesis. Muzyki tego zespołu zacząłem słuchać bardzo dawno temu. Początkowo miałem więc na myśli Tony'ego Banksa, Mike'a Rutherforda bądź Phila Collinsa, nie wspominając - rzecz jasna - o Peterze Gabrielu. 31 stycznia 1998 roku, po koncercie Genesis w katowickim "Spodku", dołączył do tej listy także Ray Wilson, który niedawno stanął na czele grupy Cut. Kiedy dowiedziałem się, że będę miał okazję porozmawiać z nim przez telefon, bardzo się ucieszyłem. Ray okazał się sympatycznym facetem, z którym uciąłem sobie miłą pogawędkę.

Ray, w przeciągu zaledwie kilku lat osiągnąłeś bardzo wiele. Prasa pisze nawet o tobie, że zawsze byłeś właściwym człowiekiem na właściwym miejscu we właściwym czasie. Czy mógłbyś to jakoś skomentować?

Nie wiem, czy rzeczywiście wszystko odbyło się w sposób tak prosty, jak pisze o tym prasa. Mógłbym bowiem rzec, że wiele razy byłem w swoim życiu właściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu (śmiech). Myślę jednak, że jeżeli przez cały czas mocno się starasz, ma prawo udać ci się to, co sobie zaplanowałeś. Co prawda, by zostać sławnym muzykiem, potrzebna jest odrobina talentu i prawdziwe pragnienie odniesienia sukcesu. Ale gdy sięgam pamięcią wstecz, do lat spędzonych w Guaranteed Pure czy w zespołach, które zakładałem, kiedy byłem jeszcze w szkole, właściwie nigdy o niczym innym nie marzyłem. Zawsze najważniejszą rzeczą było dla mnie odnieść sukces w muzyce. Z Guaranteed Pure pracowaliśmy na to bardzo ciężko przez cztery lata i nie udało się. Ta porażka była wielce deprymująca. Byłem zmęczony ciągłym koncertowaniem, nagrywaniem płyt, staraniami, by wypromować je i sprzedać poza rodzinną Szkocją. Wierz mi, pod koniec 1993 roku naprawdę miałem wszystkiego dość. Poza tym byłem w bardzo trudnej sytuacji finansowej, potrzebowałem pieniędzy. Dlatego bez wahania odpowiedziałem na ogłoszenie w "Melody Maker", które zamieściła grupa Stiltskin. Dostałem pracę i cztery miesiące później miałem przebój numer jeden w całej Anglii (chodzi o Inside - przyp. g.c). Cieszyłem się z tego wprost szaleńczo. jednak w Stiltskin nie potrafiliśmy udźwignąć ciężaru popularności, która spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Do naszego życia wkradł się ogromny bałagan i musieliśmy coś z tym zrobić. Gdy odszedł nasz bębniarz, a w ślad za nim także basista, zdecydowałem, że nie warto zadawać sobie trudu rekonstruowania grupy, i z ludźmi, z którymi wcześniej tworzyłem Guaranteed Pure, sformowałem zespól Cut. W międzyczasie odezwał się do mnie Tony Smith, menażer Genesis, i zaprosił na przesłuchanie. Finał tej historii znasz. Natomiast Cut musiał długo czekać na swoją kolej, chociaż już latem 1996 roku - wtedy właśnie był telefon od Genesis - mieliśmy skomponowane około dwudziestu piosenek.

Przyznam, że trochę jestem zdziwiony twoją decyzją o opuszczeniu Guaranteed Pure w 1993 roku. Skoro bowiem z muzykami tej grupy rozumiałeś się tak dobrze, że gdy tylko rozpadł się Stiltskin, znów postanowiłeś z nimi pracować, wasze szanse na zdobycie popularności wcale nie były mniejsze od tych, które miał tamten zespół. Cóż więc było prawdziwym powodem twojego odejścia? Przecież w chwili, gdy podejmowałeś tę decyzję, nie wiedziałeś jeszcze, że możesz zarobić ze Stiltskin przyzwoite pieniądze...

No tak, ale zauważ, że w Guaranteed Pure z dnia na dzień czułem się coraz gorzej. Nie tyle, jeśli chodzi o relacje z pozostałymi członkami grupy, gdyż zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi, ile o sprawy związane z produkcją płyt i działaniami promocyjnymi, takimi jak choćby druk plakatów. Wszystko to robiliśmy bowiem sami, w dodatku na własny koszt. Po pewnym czasie byłem więc kompletnym bankrutem. Podobnie moi koledzy. Zespół musiał się zatem rozpaść, ponieważ znikąd nie napływały żadne pieniądze, a my przymieraliśmy głodem.

Nie będę ukrywał, że z Millionairhead, debiutancką płytą Cut, nie zdążyłem zapoznać się zbyt dokładnie. Chciałbym jednak choć przez chwilę o niej porozmawiać. Zacznijmy od tego, co skłoniło cię, by sięgnąć po Space Oddity, klasyczną kompozycję Davida Bowie, i włączyć ją do repertuaru tego albumu?

Pierwszym muzykiem, jakiego w życiu usłyszałem i jednocześnie natychmiast pokochałem, był David Bowie. Gdy miałem dwanaście-trzynaście lat przeżyłem okres największej fascynacji jego twórczością. Wtedy też podjąłem decyzję o tym, że sam zostanę muzykiem. Myślę, że każdy nastolatek ma swojego idola. A moim był właśnie Bowie. Chciałem wyglądać tak jak on, chciałem brzmieć tak jak on, po prostu chciałem być nim.

Znasz piosenkę Nirvany pod tytułem Polly?

Polly says her back hurts, she's just as bored as me... (śpiewa)

Czy nie sądzisz, że twój utwór Sarah bardzo ją przypomina. Jego zwrotki oparte są na tym samym riffie, który grał tam Cobain...

Nie wiem... Zupełnie zaskoczyłeś mnie tym pytaniem. Musiałbym jeszcze raz posłuchać mojej piosenki pod tym kątem... Ale jeżeli nawet brzmi ona podobnie, to chyba nic złego. Nirvana to przecież wspaniały zespół (śmiech).

Czy grunge kiedykolwiek cię inspirował?

O tak! Myślę, że właśnie Nirvana była taką inspiracją dla wielu z nas. Ta grupa wywróciła wszystko do góry nogami, zrewolucjonizowała muzykę rockową. To była całkiem nowa filozofia grania.

Pomówmy teraz o Genesis. Ciekaw jestem, jakie to uczucie, gdy zostaje się wokalistą takiego zespołu...

To najwspanialsze uczucie na świecie. Coś, co będę pamiętał do końca życia. Wiesz, gdy spoglądam na kolejnych frontmanów tej grupy i obok siebie stają Peter Gabriel, Phil Collins i Ray Wilson, to jest to dla mnie coś tak nieprawdopodobnego, że chwilami aż trudno mi w to uwierzyć. Ale cieszę się, że wszystkie wysiłki, wszystkie doświadczenia, jakie zgromadziłem przez lata grania w maleńkich klubach, zaowocowały tym, że mogłem sprostać oczekiwaniom Tony'ego i Mike'a (Tony'ego Banksa i Mike'a Rutherforda - przyp. g.c). Tak, to naprawdę niesamowite uczucie. Da się porównać chyba jedynie ze zwycięstwem w Igrzyskach Olimpijskich.

Czy zatem album CaIling All Stations uważasz za największe dokonanie w swoim życiu, czy raczej skłonny byłbyś za nie uznać płytę Millionairhead?

Raczej "Millionairhead". A to dlatego, że podczas pracy nad tym albumem po raz pierwszy w mojej karierze sam byłem za wszystko odpowiedzialny. Przy "Calling All Stations" gdy coś mi nie szło, zawsze mogłem usiąść i pogadać o tym z Tonym albo z Mike'em. Teraz sam musiałem stawić wszystkiemu czoła. Czasem o wiele większą presję, ale i o wiele większą radość, gdy wreszcie doprowadziłem to do końca.

Pamiętasz jeszcze ubiegłoroczny koncert Genesis w Polsce?

Oczywiście. jego nie da się tak po prostu zapomnieć. Przeżyłem wtedy u was wspaniałe chwile. Wam w domu taśmę wideo z zapisem koncertów w Polsce oraz w Czechach i oglądam ją przynajmniej raz w miesiącu (śmiech). Za każdym razem przywołuje cudowne wspomnienia. Wiesz, to publiczność tak naprawdę stanowi o tym, jak dobry jest dany występ. A w Katowicach i Pradze ludzie reagowali na naszą muzykę fantastycznie. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem...

Przypuszczam, że znałeś twórczość Genesis, zanim zostałeś członkiem grupy...

Naturalnie. Pewien mój szkolny kolega podsunął mi kiedyś album "Selling England By The Pound" i tak poznałem ten zespól. Natomiast pierwszą płytą Genesis, jaką sobie kupiłem, był longplay "A Trick Of A Tail". Z czasem poznałem wszystkie klasyczne albumy grupy z lat siedemdziesiątych, a kiedy w następnej dekadzie odniosła ona sukces komercyjny, jej przeboje bombardowały mnie z radia każdego dnia.

Czy mógłbyś zdradzić, jakie są wasze plany na przyszłość?

Mamy zamiar zacząć pracę nad nowymi kompozycjami. pod koniec tego roku i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nowy album Genesis trafi na półki sklepowe w roku 2000.

Rozmawiał Grzegorz Czyż
 Odnośniki związane z tematem 
 Inne artykuły
   WywiadGenesis w RMF FMPiotr MetzRMF FM1997
   WywiadGenesis to przeszłośćAdam Dobrzyńskimuzyka.onet.pl05 / 2003
   RecenzjaCalling All StationsBartek BartosińskiWielki Projekt Muzyczny1997
   RecenzjaCalling All StationsSebastian Górskikoneser.czardybon.net1997
   RecenzjaCalling All StationsPrzemysław Semikwww.rockmetal.pl23 / 01 / 1999
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuAndrzej KłyszejkoArtykuł nadesłany04 / 2002
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuBartek BartosińskiRipples02 / 1998
   RelacjaCalling All Stations TourRoman Milowskiwww.rockmetal.pl15 / 05 / 1998
 Strony internetowe
   Witrynawww.raywilson.co.ukOficjalna strona internetowa Raya Wilsona