Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
GENESIS INACZEJWIESŁAW WEISS
 
Tylko Rock
Nr 78, Luty 1998
Rozmowa ze Steve'em Hackettem
 
    Steve Hackett
          Przez długi czas odżegnywał się od Genesis. Nie chciał nawet mówić na temat tych kilku lat spędzonych w zespole. I nagle powrócił do muzyki, którą wykonywał przed ćwierćwieczem z Peterem Gabrielem, Tonym Banksem, Mike'em Rutherfordem i Philem Collinsem. Nagrał płytę Genesis Revisited z nowymi wersjami takich utworów, jak I Know What I Like (In Your Wardrobe), Watcher Of The Skies, Firth Of Fifth czy Dance On A Volcano. Ośmielił się nadać im trochę inny, często intrygujący kształt. Przypomniał, że był ich współtwórcą.

Być może nie odegrał w Genesis jakiejś kluczowej roli. Bez wątpienia jednak każdy fan grupy odczuł, gdy po albumie Wind And Wuthering w jej nagraniach zabrakło pełnych emocji partii gitary. Gitary Steve'a Hacketta...

DEJA VU

Jak narodził się pomysł płyty z nowymi opracowaniami utworów, które przed laty nagrałeś z zespołem Genesis?

To było podczas trasy po Włoszech, gdy Julian Colbeck, który mi towarzyszył (jako pianista - przyp. ww), podzielił się ze mną wrażeniami ze swojej współpracy z grupą Anderson Bruford Wakeman Howe. Zjeździł z nią kawał świata i z jego opowieści wynikało, że fani Yes gorąco przyjmowali występy tej czwórki. Wielu z nich nie kryło, że woli wybrać się na koncert kwartetu Anderson Bruford Wakeman Howe niż działającej w tym czasie wersji Yes, a to dlatego, że ich zdaniem muzyka Yes przyjmuje doskonały, skończony kształt tylko wtedy, gdy na gitarze gra Steve Howe - pracowałem z nim w zespole GTR - chociaż Trevor Rabin to także świetny muzyk. Słuchając Juliana zacząłem zastanawiać się, jak to widzą fani Genesis - czy lepiej wspominają koncerty składu ze mną, czy większym przeżyciem były dla nich późniejsze, z Darylem Stuermerem. Tak czy inaczej - nagrałem "Genesis Revisited", aby sprawić radość fanom.

Na mnie największe wrażenie zrobiły na tej płycie opracowania czterech utworów: Watcher Of The Skies i Flrth Of Fifth, z głosem Johna Wettona, oraz Dance On A Volcano i Los Endos. Czy i dla ciebie znaczą one więcej niż inne?

Tak, znaczą dla mnie bardzo wiele. Są to bowiem rzeczywiście świetne kompozycje, może nawet najlepsze w całym dorobku Genesis. Gdyby dodać "Dancing With The Moonlit Knight" i jeszcze jeden czy dwa utwory, powstałaby lista największych osiągnięć Genesis. Po "Dancing With The Moonlit Knight" nie sięgnąłem, uważam bowiem, że wersja z "Selling England By The Pound" jest doskonała. Natomiast utwory które wymieniłeś, wziąłem na warsztat ponieważ - takie jest moje zdanie - warto było pokazać je w nowocześniejszych opracowaniach i spróbować wydobyć z nich coś jeszcze. Czułem bowiem, że kryją w sobie potencjał większy niż wskazywałyby na to wersje nagrane przez nas przed laty.

Na płycie jest też kompozycja Deja Vu, której grupa Genesis nigdy nie nagrała...

To utwór, nad którym Pater Gabriel pracował w 1973 roku. Chciał żeby znalazł się na płycie "SelIing England By The Pound", ale tak się nie stało, zdążył bowiem stworzyć tylko krótki fragment. Dla mnie wszakże ten kawałek był czymś nieodłącznie związanym z Genesis. I zapytałem Petera czy mógłbym nad tym popracować i doprowadzić jego dzieło do końca. Co uczyniłem, ale trwało to ładnych parę lat. Siedziałem nad tym ponad dwadzieścia lat.

Czy nie myślałeś o tym, by zaproponować zaśpiewanie Deja Vu Peterowi Gabrielowi?

Zrobiłem to! Ale Peter odpowiedział, że wolałby zachować jedynie udział w tworzeniu tego utworu. I tak zrobiliśmy. Myślę zresztą że wokalista, któremu powierzyłem wykonanie "Deja Vu". Paul Carrack wypadł bardzo interesująco. Zaśpiewał w innym stylu niż zrobiłby to Peter, w bardzo uduchowiony sposób.

Skąd wzięła się na płycie kompozycja Valley Of The Kings? To coś zupełnie nowego, prawda?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wyjaśnić, że album "Genesis Revisited" powstał dzięki kilku osobom z Japonii, które wyłożyły pieniądze na jego realizację. Ci ludzie chcieli, aby ukazał się w sześć tygodni od chwili rozpoczęcia nagrań. I, jeśli dobrze pamiętam, oczekiwali ode mnie, bym uporał się z robotą w czasie krótszym niż miesiąc. Aby zdążyć na czas i aby płyta mogła się ukazać w Japonii rok wcześniej niż na całym świecie, postanowiłem dorzucić na nią kilka moich własnych, gotowych już nagrań. Jednym z nich było "Valley Of The Kings". Do sięgnięcia właśnie po nie namówił mnie Bill Bruford. Gdy pojawił się w studiu by wziąć udział w nagraniu utworu "Firth Of Fifth", puściłem mu "Valley Of The Kings". I ta kompozycja spodobała mu się tak bardzo, że zaczął mnie namawiać, bym umieścił ją na "Genesis Revisited". Tak też zrobiłem. Mam wrażenie, że jest to coś, co przykuwa uwagę. Może ze względu na potężne brzmienie bębnów? Jest w tej muzyce coś hipnotycznego. To wręcz coś transowego...

Czy na płycie nie miała się znaleźć jeszcze jedna twoja kompozycja, która nie ma nic wspólnego z Genesis, Riding The Colossus?

A właśnie, to jeden z tych utworów, które włączyłem do repertuaru japońskiej wersji "Genesis Revisited". Taki kawałek na gitarę elektryczną. Rzecz dość stara jeśli mam być szczery.

DYSKRETNY UROK MELOTRONU

Wiem, że po raz pierwszy usłyszałeś Genesis na żywo w grudniu 1970 roku w London's Lyceum. Czy pamiętasz, co wtedy czułeś?

Muzyka grupy wydała mi się dość interesująca. Jeśli jednak mam być z tobą całkiem szczery pomyślałem też, że gdybym mógł nad nią popracować zrobiłbym z niej coś jeszcze bardziej interesującego. Uważałem, że w Genesis jest miejsce dla mnie. Wierzyłem, że gdybym znalazł się w grupie, przydałbym jej muzyce życia. Czułem, że jeśli chodzi o gitarę, są jeszcze całe pokłady emocji, do których zespół nie potrafił się dogrzebać...

Nursery Cryme, pierwsza płyta, którą nagrałeś z Genesis, brzmi trochę ostrzej niż wcześniejsze albumy grupy...

Tak, masz rację. I przypuszczam, że to ja skierowałem Genesis w tę stronę...

Bardzo lubię solo, które zagrałeś w utworze Fountain Of Salmacis...

Ach tak! Wiesz, wtedy w 1971 roku, miałem wrażenie, że robię coś zupełnie nowego muzycznie. Wymyśliłem bowiem partię gitary elektrycznej opartą na potężnych, niezwykle masywnych akordach. Nadal jestem z niej zadowolony, chociaż zawsze dokuczało mi przekonanie, że można ją było lepiej nagrać. W studiu nie zabrzmiała tak jak na próbach. Zabrakło tej płynności, zabrakło odpowiedniego pogłosu... To jeden z powodów, dla których po tylu latach chciałem nagrać ją jeszcze raz i zrobić to wreszcie dobrze (śmiech). A w każdym razie tak, bym sam był z niej zadowolony.

Wydaje się, że trasa Genesis po Włoszech w 1972 roku była momentem przełomowym w karierze grupy...

Masz rację. Wcześniej graliśmy wyłącznie w klubach i college'ach, tylko czasami w jakiej większej sali. I nagle Włosi zorganizowali nam koncerty w ogromnych obiektach sportowych. Po raz pierwszy graliśmy wtedy w tych wielkich halach. I nagle nasza muzyka zabrzmiała zupełnie inaczej. Zwłaszcza wolniejsze utwory nabrały mocy, jakiej wcześniej nie miały. A coś takiego jak "Watcher Of The Skies" nigdy by nie powstało, gdyby nie tamte koncerty. Do dziś pamiętam moment, gdy usłyszałem "Watcher Of The Skies" po raz pierwszy. Było to na próbie w pustej hali sportowej gdzieś we Włoszech (w Reggio Emilia - przyp. ww). I to uczucie, gdy muzyka wypełniła ogromny gmach, gdy nim wstrząsnęła, było czymś niesamowitym. Niestety gdy później nagrywaliśmy "Watcher Of The Skies" na płytę "Foxtrot", nie udało nam się nadać mu takiej siły. I dlatego podczas pracy nad "Genesis Revisited" postanowiłem zmierzyć się z nim jeszcze raz, stworzyć jego nową, potężniejszą wersję. Nadal jestem wielkim entuzjastą melotronów. I chciałem, by partia melotronu w tym utworze zabrzmiała wreszcie właściwie - by zyskała prawdziwie orkiestrową moc. Dodałem jej pogłosu, wzmocniłem dół - aby zabrzmiało to tak, jak melotron brzmiał na koncertach.

Jedną z najbardziej ekscytująych kompozycji Genesis z tamtych czasów jest Supper's Ready. Czy pamiętasz okoliczności jej powstania?

Siedzieliśmy nad "Supper's Ready" jakieś dwa tygodnie. To było podczas prób w Londynie. Z początku był to drobiazg ale stopniowo obrastał różnymi fragmentami muzycznymi i stawał się coraz dłuższy. W końcu rozrósł się w kompozycję trwającą blisko pół godziny. Nigdy razem nie stworzyliśmy niczego tak długiego. I muszę ci powiedzieć, że z początku, gdy nagraliśmy "Supper's Ready", nie byłem pewien, czy to się sprawdzi. Wydawało mi się, że ten utwór jest za długi, by Publiczność mogła go zaakceptować; że nie jest tym, czego ludzie rzeczywiście od nas oczekują. Ale myliłem się, bo przyjęcie "Supper's Ready" było niesamowite. Okazało się, że ludzie chcą właśnie czegoś tak awanturniczego - muzyki, która byłaby jak podróż i nawet w ramach jednego utworu prowadziłaby ją w różne miejsca. Ten utwór, choć zachował wszelkie cechy rocka, pod względem formalnym miał w sobie coś z muzyki symfonicznej.

ETHEL

Podobno w okresie, gdy powstawały utwory na płytę Foxtrot, a więc i Watcher Of The Skies, i Supper's Ready, byłeś tak bardzo niezadowolony ze swojego wkładu, że chciałeś odejść z Genesis...

Rzeczywiście. Wiesz, rzecz w tym, że pozostali członkowie bardzo dobrze znali swoją robotę i tworzenie muzyki przychodziło im bez większego trudu. Tymczasem ja ciągle jeszcze nie rozwinąłem się wtedy jako kompozytor. Cóż, Genesis był moim pierwszym zespołem z prawdziwego zdarzenia. I niełatwo mi się było w nim odnaleźć, tym bardziej, że dość szybko zdałem sobie sprawę, iż wiele jeszcze muszę się nauczyć. Nie miałem też pewności, czy to, co proponuję, podoba się kolegom z zespołu, czy też nie. Brakowało mi wiary w siebie. I rzeczywiście powiedziałem pozostałym, że zastanawiam się nad odejściem. Ale wtedy Mike Rutherford i Tony Banks zaczęli zapewniać mnie, że uwielbiają moje granie, i zachęcać do pozostania. Ich słowa miały dla mnie ogromne znaczenie, ponieważ ciągle nie byłem pewien, czy jestem tym facetem, którego naprawdę chcieli mieć w Genesis.

Podczas pracy nad kolejnym albumem grupy, Selling England By The Pound, mówiłeś: Zmierzamy w kierunku, którego przed nami nie spenetrował żaden inny zespół: Co miałeś na myśli?

Nie pamiętam tych słów, ale pewnie je wypowiedziałem, skoro są mi przypisywane. Bez wątpienia zmierzaliśmy wtedy ścieżką, którą przed nami nie szedł nikt inny. Chodzi mi o połączenie w całość takich elementów, jak muzyka z pogranicza różnych stylów i gatunków, elementy pantomimy oraz szczególne poczucie humoru. Było w tym wszystkim sporo rzeczy przypadkowych, ale zarazem z tego, co robiliśmy biła ogromna energia. Była to twórczość dość ekscentryczna - połączenie muzyki chwilami bardzo szybkiej, pełnej furii, z tekstami zaludnionymi przez wszystkie te dziwne małe postaci... Powiedziałbym też, że była to muzyka przesycona zdecydowanie angielskim duchem. Nawet imiona, jakie dobieraliśmy bohaterom tekstów, były imionami wziętymi z angielskiej tradycji. Weź choćby Ethel z piosenki "I Know What I Like (In Your Wardrobe)". Dziś nikt już nie nazwałby dziecka Ethel. To jedno z tych zapomnianych imion, które były popularne w czasach wiktoriańskich i edwardiańskich. I nadaje ono piosence taki wiktoriański posmak...

Z tego, co wiem, punktem wyjścia do I Know What I Like (In Your Wardrobe) był twój riff gitarowy...

Tak, to prawda. Często zdarzało mi się grać dla przyjemności z PhiIem CoIlinsem. I pewnego razu, gdy tak sobie muzykowaliśmy wyszedł mi spod palców ten riff. Grałem wtedy na gitarze podłączonej do głośników Leslie. Ale koledzy z zespołu z początku wzgardzili tym tematem. Powiedzieli mi, że za bardzo kojarzy się z piosenkami The Beatles. W końcu jednak zrobiliśmy z tego "I Know What I Like (In Your Wardrobe)". I okazało się, że powstał utwór, który wprowadził nas na listy przebojów. Była to dla mnie niezwykle przyjemna chwila. Nie sądziłem bowiem, że ta prościutka melodyjka ma jakikolwiek walor komercyjny.

W kompozycji Firth Of Fifth zagrałeś kolejne wspaniałe solo gitarowe...

W tym czasie wzbogaciłem się o niezwykłą przystawkę - echoplex. Umożliwia ona uzyskanie na żywo brzmienia, jakie większość gitarzystów jest w stanie osiągnąć tylko w studiu. I wiesz, pewnego razu zacząłem sobie grać na gitarze z podłączoną tą przystawką i nagle uderzyło mnie, że moja partia świetnie współbrzmiałaby ze skomponowanym w tym czasie przez Tony'ego Banksa tematem "Firth Of Fifth". To była taka melodia zagrana legato i przesycona lekko wschodnim duchem. Zupełnie nie brzmiała jak zwykła muzyka europejska - wydawała się jakąś dziwną mieszanką muzyki indyjskiej, arabskiej i europejskiej.

Selling England By The Pound to mój ulubiony album Genesis. Jak ty oceniasz go po latach?

To także mój ulubiony album zespołu. Wolę go niż inne płyty Genesis. Jest tam sporo świetnych rzeczy.

KLAUSTROFOBIA

Czy pamiętasz, jak narodził się pomysł nadania następnemu albumowi Genesis formy concept albumu?

Masz na myśli "The Lamb Lies Down On Broadway"?

Właśnie.

Ten pomysł rodził się powoli Siedzieliśmy wtedy w wiejskim domu w Surrey zwanym Headley Grunge - tym samym, w którym Led Zeppelin stworzył niektóre ze swoich wczesnych kompozycji. I tam pracowaliśmy nad nowym repertuarem. No i gdy widzieliśmy że mamy coraz więcej utworów, a te utwory stają się coraz dłuższe, zaczęliśmy rozważać zrobienie z tego concept albumu. To był interesujący, ale zarazem trudny okres, ponieważ Peter Gabriel zaczął już wtedy myśleć o pójściu własną drogą. Nie ulegało wątpliwości, że nie jest zadowolony ze współpracy z Genesis. Tak, to był dość ciężki okres. Dla mnie osobiście były to smutne chwile.

Podobno na początku braliście pod uwagę różne pomysły fabuły tego albumu, nie tylko historię Raela, wymyśloną przez Petera Gabriela...

Zdaje się, że tak było. Jednakże Peter nalegał byśmy tym razem powierzyli napisanie tekstów wyłącznie jemu. A my, pełni obaw, że odejdzie, nie próbowaliśmy mu się sprzeciwiać. Peter uznał w tym czasie, że sam powinien pisać wszystkie teksty, to on bowiem je wykonywał, a do słów pisanych przez innych członków Genesis nie miał przekonania. Uważał że musi się identyfikować z tym, co śpiewa. Byłem pełen szacunku dla tej jego decyzji. Ale zarazem z wielkim trudem znosiłem ten okres przemiany.

Dlaczego zdecydowaliście się nagrać The Lamb Lies Down On Broadway w starym domu w Glosspant w Walii, a nie w profesjonalnym studiu?

Ponieważ część zespołu uważała, że studio nie jest miejscem o wystarczająco intymnej atmosferze, gdzie naprawdę można być sobą. Przeniesienie nagrań niemal na łono natury było walnym krokiem. Ale po jakimś czasie okazało się potwornym utrudnieniem. Wtedy u boku muzyków Genesis pojawiły się już żony i dzieci. A praca w Glosspant oznaczała oderwanie od bliskich.

Powiedziałeś przed laty: "The Lamb" narodził się wbrew mnie, nie z moim udziałem...

(śmiech) Tak, to prawda. To rzeczywiście prawda. Nie angażowałem się w pracę nad tym albumem. Był to bowiem dla mnie ciężki okres. Moje pierwsze małżeństwo waliło się w gruzy, co ogromnie mnie przygnębiało. Peter odchodził z grupy. A do tego wszystkiego koledzy uparli się, by nagrywać na wsi, z dala od cywilizowanego świata. Próbowałem się temu sprzeciwić ale nikt mnie nie poparł. To wszystko sprawiało, że nie byłem w stanie skoncentrować się na muzyce i dać jej z siebie tyle, ile jej się należało. Powiem ci też, że na mnie ten album sprawia wrażenie dzieła dość chaotycznego. Są tam ciekawe rozwiązania harmoniczne. I gdyby była to muzyka instrumentalna, być może słuchałoby się jej z zainteresowaniem. Tymczasem w najmniej stosownych momentach pojawiają się partie wokalne. W rezultacie brzmi to cokolwiek klaustrofobicznie...

A jakim przeżyciem była dla ciebie trasa, na której wykonywaliście muzykę z The Lamb Lies Down On Broadway?

Okazała się doświadczeniem całkiem interesującym. Jeździliśmy z tą muzyką po całym świecie. No i wtedy poznałem Kim, moją drugą żonę. A ponieważ Kim odnosiła się do muzyki, którą graliśmy z ogromnym entuzjazmem, i ja sam zacząłem wtedy odbierać "The Lamb Lies Down On Broadway" jako coś bardziej interesującego. Nie miałem poczucia, że marnuję czas.

Jak zareagowałeś na odejście Petera Gabriela z zespołu?

Przystąpiłem do pracy nad pierwszym solowym albumem (Voyage Of The Acolyte - przyp. ww), co dało mi wiele radości. Bardzo trudno było mi jednak wrócić do pracy w Genesis. Podczas nagrywania mojej własnej płyty sam bowiem decydowałem o wszystkim. Tymczasem w jednej chwili znowu znalazłem się w sytuacji, w której mój głos zazwyczaj się nie liczył. Praca nad solowym albumem sprawiła też, że gdy zaczynaliśmy tworzyć muzykę na kolejną Płytę Genesis (A Trick Of The Tail - przyp. ww), byłem wyprany z pomysłów. Zresztą wydaje mi się, że podczas tej sesji nikt z nas nie czuł się najlepiej.

Jak oceniasz dziś A Trick Of The Tail i Wind And Wuthering, płyty nagrane już bez Petera Gabriela, w porównaniu z albumami Foxtrot i Selling England By The Pound?

Moim zdaniem na "A Trick Of The TaiI" są dwa bardzo dobre utwory: "Dance On A Volcano" i "Los Endos". Ten album ma dobry początek i dobry koniec. Natomiast na "Wind And Wuthering" trudniej mi wskazać coś rzeczywiście interesującego. Zapewne jest to pogląd odosobniony, ale moim zdaniem jest to mniej udana płyta. Być może była szansa zrobić wtedy coś bardziej oryginalnego. Czuje się to zwłaszcza na stronie drugiej, w dłuższych fragmentach instrumentalnych, ale...

SILNY OPÓR

Dave Bowler i Bryan Day napisali w swojej książce o Genesis, że przegapiłeś wtedy swoją szansę odegrania bardziej znaczącej roli w zespole. Jak ty to widzisz?

Wiesz, nie sądzę, by to była prawda. Na sesję "Wind And Wuthering" przyniosłem sporo własnych kompozycji. Ale koledzy do większości z nich odnieśli się bardzo niechętnie. Czułem silny opór z ich strony. A gdy czuje się opór ze strony współpracowników, atmosfera robi się ciężka. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w tym właśnie czasie moja pierwsza solowa płyta odniosła sukces. I to uświadomiło mi, że mogę uczynić swoje życie przyjemniejszym, jeśli zostanę panem własnego losu, a przestanę wysłuchiwać opinii innych o tym, który z moich utworów jest dobry, a który nie. Zgodzisz się chyba, że na przykład "Please Don't Touch", utwór tytułowy płyty, którą nagrałem po odejściu z zespołu, to jedna z najlepszych rzeczy jakie stworzyłem. l wyobraź sobie, że wcześniej został on odrzucony przez Genesis. Tymczasem - takie jest moje zdanie - broni się on całkiem dobrze, nawet gdy postawić go koło wielu kompozycji, które trafiły na płyty Genesis. Oczywiście to tylko mój punkt widzenia, ale wiem, że wielu fanów go podziela. Cóż, może niska ocena moich kompozycji przez kolegów była wynikiem tego, że nasze drogi artystyczne zaczęły się w tym czasie rozchodzić. Ja chciałem tworzyć muzykę o większym ładunku emocji, tymczasem oni zaczęli się opowiadać za czymś bardziej na luzie. l fragmenty instrumentalne stały się wtedy tylko dodatkiem do partii śpiewanych - same w sobie przestały znaczyć cokolwiek.

Powiedz mi jeszcze, która z twoich solowych płyt jest ci dziś najbliższa?

Najcieplej wspominam chyba "Spectral Mornings". Wyróżniłbym też moje ostatnie dzieło - "A Midsummer Night's Dream". Ale tak naprawdę to trudno mi coś wybrać. Niemal na każdej mojej płycie jest jakiś utwór, który lubię...

Rozmawiał Wiesław Weiss
 Odnośniki związane z tematem 
 Inne artykuły
   ArtykułWzywam wszystkie stacjeMaurycy Artykuł nadesłany17 / 09 / 2005
   BiografiaSteve Hackett - BiografiaPaweł RoczniakArtykuł własny
   RecenzjaGenesis RevisitedPaweł RoczniakArtykuł własny
   RecenzjaGenesis RevisitedBartek BartosińskiRipples
   RecenzjaThe Tokyo TapesBartek BartosińskiRipples
 Strony internetowe
   Witrynawww.stevehackett.comOficjalna strona internetowa Steve'a Hacketta
   WitrynaMomentumJedyna polska strona internetowa poświęcona Hackett'owi
   WitrynaPlease Don't TouchDobra nieoficjalna strona internetowa poświęcona Hackett'owi
   Witrynawww.johnwetton.co.ukOficjalna strona internetowa Johna Wettona
   Witrynawww.carrack-uk.comOficjalna strona internetowa Paula Carracka