Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
GENESISKRZYSZTOF CELIŃSKI
 
Tylko Rock
Nr 1, Wrzesień 1991
Uczulenie
            Nigdy nie podzielałem fascynacji moich kolegów grupą Genesis. Usłyszałem ją po raz pierwszy jesienią 1974 roku. Było piękne słoneczne popołudnie, leżeliśmy na trawniku przed schroniskiem i ktoś puścił taśmę. Nie słuchałem uważnie. Raczej pamiętam, że muzyka, niezbyt głośna, mieszała się z szumem drzew. Utwory wtapiały się jeden w drugi, były stosunkowo zawiłe rytmicznie. Pojawiało się w nich wiele różnych barw instrumentalnych i w ogóle było tego za dużo jak na tę bezmyślną, popołudniową sielankę. Później moi koledzy często i uparcie puszczali Genesis, szczególnie po trawce... W takim stanie wszystko brzmiało fajnie, nawet syrena zbliżającej się policji. Podobno koncerty były rewelacyjne, a wspaniałe efekty wizualne sprawiały, że inaczej słuchało się tej muzyki. Nie byłem na żadnym koncercie Genesis, ale koledzy...

Koledzy z redakcji poprosili, żebym coś napisał od siebie na temat Genesis. Wręczyli mi starannie nagraną kasetę ze starannie dobranym przekrojem repertuaru zespołu. Co miałem robić?

Pierwsze, co usłyszałem, to Supper's Ready z płyty Foxtrot z 1972 roku. Siedem utworów połączonych w długi strumień muzyki. Przyznam, że brytyjskie zespoły w tym czasie robiły to genialnie. Kunszt aranżacyjny, wyzwolony nareszcie z kajdanów przebojowości radiowej, osiągnął dzięki takim grupom jak Jethro Tull i Yes poziom nie spotykany dotąd w muzyce młodzieżowej. Wkroczenie rocka na te symfoniczne wyżyny odbyło się w dużej mierze dzięki coraz bogatszym możliwościom brzmieniowym instrumentów klawiszowych; nie tylko już organów Hammonda, ale dominujących coraz bardziej syntezatorów. Genesis miał dużo przemyślanych chwytów aranżacyjnych, lecz przyznam, że coś zawsze mi nie pasowało. Teraz, po latach, wydaje mi się, że była to kwestia zbyt dużego przeładowania różnorodnymi pomysłami. W Supper's Ready aż roi się od motywów muzycznych, których starczyłoby na jeszcze dwie płyty. Przykładem tego może być Apocalypse In 9/8, gdzie nie wiadomo, czy utwór kończy się czy zaczyna. Genesis jakby bał się znudzenia słuchacza zbyt długim fragmentem o jednolitym charakterze. Fakt, była wtedy moda na skomplikowaną muzykę, ale wydaje mi się, że Yes i Jethro Tull robiły to o wiele lepiej, bo potrafiły zadbać o ciągłość swoich kompozycji.

Czytając wypowiedzi członków zespołu nie można oprzeć się wrażeniu, że każdy z nich miał bardzo konkretne zdanie na temat hierarchii słowa, muzyki i inscenizacji (patrz "Melody Maker" z 1974 roku). Peter Gabriel twierdził, że teksty były podstawą kompozycji, a Tony Banks, z którym Gabriel współpracował, że najpierw komponowali, a dopiero później dopasowywali teksty do utworów. O ile większość grup rockowych wiele ze swoich najlepszych kawałków robi na kolanie, to w wypadku Genesis ten proces był chyba regułą (patrz relacja z próby zespołu w "Melody Maker" z tego samego okresu). Złożone i skomplikowane rytmy, którymi Genesis się posługiwał, często odwracają uwagę od istoty tekstu, a nawet łamią charakter utworu. Dużo jest na tej płycie zapożyczeń z muzyki barokowej i klasycznej, bo i taka była wtedy moda. Czasami te archaizmy dobrze pasują do treści muzycznej, ale często wypływają na wierzch, jak gdyby muzycy chcieli pochwalić się, że oni też tak potrafią. W zespole Yes Rick Wakeman często urządzał takie hece, jednak pozostawały one wyizolowanymi solówkami. W późniejszych nagraniach Genesis - Follow You Follow Me (1978 r.), Abacab (1981 r.) i Mama (1983 r.) - widać, że panowie trochę się ograniczyli. Ale te późniejsze utwory były pisane bardziej pod kątem listy przebojów.

Co mnie razi w tych wcześniejszych nagraniach, to pewna nieudolność wykonawcza, w tym samym Apocalypse In 9/8 jest żenująco, po dyletancku zagrana melodia na flecie, tak jakby czyjś kuzyn nagle załapał się na nagranie. Okres w muzyce rockowej, który dał nam zespoły jak Yes i Genesis, był szczytem ambitnej, intelektualnej i skomplikowanej muzyki rockowej. Tak jak inne okresy muzyczne pozostawił parę niewątpliwych arcydzieł, ale i też mnóstwo niewypałów. Pod względem instrumentalnym Genesis czerpał ze zbyt wielu stylów i próbował udowodnić, że wszystko można połączyć z wszystkim.

Styl wokalny i barwa głosu Petera Gabriela właściwie wychodzą na pierwszy plan w tworzeniu bardzo angielskiego nastroju, zresztą koncerty Genesis w Stanach Zjednoczonych określano jako królewski ogród do krykieta w stylu "Alicji w krainie czarów". Gabriel w przerwach między utworami podobno opowiadał różne bajeczki angielskie...

Jednak mimo tego, że największym atutem wielu znanych zespołów jest wokalista, to barwa głosu Gabriela zawsze mnie denerwowała. Miał on tę wspaniałą chrypkę, tak nadającą się do rocka, ale ten głos był ciągle napięty, nawet w balladach nie pozwalał na odprężenie się, i w rezultacie jeszcze bardziej sprawiał, że wszystkie kompozycje Genesis, niezależnie od tempa, charakteru czy aranżacji, stapiały się - jak dla mnie - w magmę.

Wielbicieli Genesis i kolegów z redakcji przepraszam, ale sami tego chcieli...

Teraz mniej subiektywnie. Magia tego zespołu tkwi chyba właśnie w tym, rozlanym, konkretnym w szczegółach, lecz bardzo stopliwym brzmieniu. Ten styl jest natychmiast rozpoznawalny i bardzo uważne słuchanie wciąga w świat czegoś misternego. Jest tu tyle rozpoznawalnych wątków muzycznych, niektórych zapożyczonych nawet od Beatlesów, że nie ma mowy o pojedynczych skojarzeniach, ale o rzece skojarzeń. Jednak kąpiel w niej prawie zawsze wpływa na mnie tak samo: dostaję wysypki.

Krzysztof Celiński