Strona główna  
  Dyskografia  
  Indeks  
  Teksty  
  Biografie  
  Artykuły  
  Rozrywka  
  Ankiety  
  Fani  
  Linki  
  Strony oficjalne  
GENESISMaurycy
 
Artykuł nadesłany
17 Września 2005
Wzywam wszystkie stacje
fotki z rodzinnego albumu
         Długo nosiłem się z zamiarem napisania tego tekstu. Pomysł zebrania w jeden artykuł historii Genesis po 1995 roku był kuszący, a możliwość ustosunkowania się do wydarzeń ostatnich lat jest wręcz wyzwaniem.
Genesis, grupa która swoje najlepsze artystyczne dokonania zostawiła w latach siedemdziesiątych, a komercyjne sukcesy i szczyty list przebojów w osiemdziesiątych, dla wielu obserwatorów muzycznego firmamentu może wydawać się martwa. Zwłaszcza, że w ostatnich czternastu latach wydała tylko dwie płyty ze studyjnym, premierowym materiałem. Nic bardziej mylnego. Szyld Genesis pokryła spora warstwa kurzu, ale środowisko muzyków związane z zespołem ciągle pozostaje płodne, pomysłowe i popularne.
        W artykule chciałem przybliżyć i w pewnym sensie zrecenzować wydarzenia, które miały miejsce po 1995 roku w genesisowym środowisku. Nie jest to proste, bo bohaterowie tego tekstu robią tak różne stylistycznie rzeczy, że ceną skutecznego opowiadania może być chwilowa chaotyczność artykułu. Proponuję więc potraktować mój esej w formie pojedynczych zdjęć z rodzinnego albumu, które choć ilustrują różnych ludzi, w różnych sytuacjach, tak naprawdę snują jedną historię - historię pewnej, muzycznej rodziny.
        Trudno nie dostrzec, że to właśnie mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się nowy rozdział w historii zespołu. Rozdział dość krótki, wręcz epizod, ale nie można nie docenić korzyści, jakie ze sobą przyniósł. I nie chodzi mi tu o nowy album i trasę koncertową, bo to oczywiste, ale o muzyka, którego dzięki współpracy z Genesis mogliśmy poznać. Mam na myśli Raya Wilsona, wokalistę poruszającego się na początku dekady po nieco innych terenach muzycznych, niż te preferowane przez słuchaczy Genesis, a który później miał się okazać artystą dość bacznie przez nich obserwowanym.
        Jednak nie tylko Wilson w ostatnich latach przykuwał uwagę słuchaczy. Premierowe albumy wydają wszyscy członkowie Genesis. Fanów wysokim poziomem artystycznym i regularnością ciągle rozpieszcza Steve Hackett, którego w Genesis nie ma już od prawie trzydziestu lat, ale który pięknie ukłonił się starym znajomym w 1997 roku. Steve spełniał też, podobnie jak Tony Banks, swoje klasyczne fascynacje, dzięki czemu w ostatnich latach doczekaliśmy czterech albumów, które nie sposób klasyfikować, jako muzykę popularną.
        Na scenę, po dłuższych wakacjach, powrócił także Peter Gabriel, dość mocnym akcentem wchodząc w XXI wiek i przypominając, że jest zarówno artystą, sprawnie poruszającym się w płytowym koncepcie, jak i jednym z prekursorów rockowego teatru.
Działo się więc sporo, ale patrząc z perspektywy ostatnich kilku lat, trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że wszystko znów zaczęło się właśnie od Genesis...
wzywając wszystkie stacje (1)
        W 1992 roku, tuż po ukazaniu się "We Cant Dance" trudno było przewidzieć, czy to ostatni album Genesis. Olbrzymi sukces komercyjny tego wydawnictwa, niesamowite powodzenie trasy koncertowej, a i w dużym stopniu zaspokojenie artystycznych ambicji sugerowało, że zespół osiągnął pewien szczyt. Szczyt muzycznego kompromisu, do którego od 1983 roku dążył tercet Banks-Collins-Rutherford. Trudno było zatem przewidzieć czy muzycy będą chcieli jeszcze kiedykolwiek współpracować pod szyldem grupy.
        Zamykający album "We Cant Dance" utwór "Fading Lights" mógł być traktowany jako sygnał od odchodzącego zespołu. Długaśny, bo ponad dziesięciominutowy, muzycznie przypominający stare kompozycje Genesis, z charakterystyczną dla grupy, umieszczoną w środku porywającą częścią instrumentalną, opatrzony nostalgicznym tekstem o przemijaniu, mógł być znakomitym pożegnaniem z fanami i dwudziestopięcioletnim szyldem Genesis. Phil Collins mówił jednak: "Tak długo jak będę dumny z osiągnięć Genesis pozostanę jego członkiem. Jeśli chodzi o mnie, 'We Cant Dance' nie jest ostatnim albumem grupy".
        Z tym, że po trasie "We Cant Dance Tour" zalegnie cisza, liczyli się wszyscy. Model pracy polegający na reaktywowaniu zespołu, co kilka lat na czas komponowania, nagrywania i trasy zespół stosował już od bardzo dawna. Collins miał zająć się solowym albumem, Rutherford wrócić do swojego Mike And The Mechanics, a i na Banksa czekały pozazespołowe projekty. Brak działania ze strony Genesis w latach 1994-1995 nie był więc niczym niespodziewanym. Nie mniej jednak po spełnieniu pozazespołowych oczekiwań Tony Banks, Mike Rutherford i Phil Collins mieli ponownie spotkać się, by komponować muzykę na wspólny album. Jak się później okazało tylko Mike i Tony mieli na to ochotę.
        Na jednej z licznych stron internetowych odejście Collinsa widnieje pod datą 29 marca 1996. Zapewne wtedy Phil powiadomił Mike'a i Tonyego, że podczas pracy nad następnym albumem Genesis nie mogą na niego liczyć. Tymczasem już 31 marca 1996 roku Piotr Kaczkowski, dziennikarz radiowej trójki w rozmowie z Paulem Carrackiem zadał pytanie "czy zostaniesz wokalistą Genesis?".
Paul Carrack byłby idealnym kandydatem na miejsce Collinsa. Dysponujący bardzo dobrym, lirycznym, melodyjnym głosem Carrack to przecież wieloletni współpracownik i przyjaciel Mike Rutherforda, wokalista wspomnianej wyżej grupy Mike And The Mechanics. Jednak z wywiadu z Kaczkowskim wynika, że kandydatura Carracka w ogóle nie była brana pod uwagę, może właśnie ze względu na zbyt bliską znajomość z gitarzystą Genesis. Carrack nie wydawał się być szczególnie tym zmartwiony.
        Innym kandydatem do objęcia funkcji po Collinsie był ex wokalista i lider Marillion, Fish. Szkocki muzyk miał większą ochotę na współpracę z Rutherfordem i Banksem niż Carrack. Fish nigdy nie ukrywał, że był fanem Genesis jeszcze w latach siedemdziesiątych, a Marillion pod jego wodzą, w latach osiemdziesiątych było uważane za kontynuatora klasycznego, genesisowego brzmienia. Miał też za sobą współpracę z Tonym przy dwóch pobocznych projektach.
Jednak i ta kandydatura upadła. Mike i Tony poszukiwali kogoś jeszcze innego, kogoś "bez nazwiska". Prawdopodobnie w kwietniu 1996 roku menadżer Genesis po raz pierwszy skontaktował się ze szkockim wokalistą Rayem Wilsonem. W maju 1996 roku Szkot trafił na przesłuchanie do Banksa i Rutherforda, a ci bardzo szybko podjęli decyzję o zatrudnieniu, młodego, wówczas dwudziestoośmio letniego piosenkarza.
        Wilson nie był osobą zupełnie anonimową. W maju 1994 roku grupa Stiltskin, właśnie z Rayem na wokalu, była na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów dzięki singlowi "Inside". Mała płyta z tym utworem była zwiastunem debiutanckiego albumu tego zespołu, który z kolei potem trafił w ręce poszukujących wokalisty Tonyego i Mike'a.
        Po majowym przesłuchaniu Mike, Tony i Ray, nowo narodzony, podstawowy skład Genesis, na krótko się rozstali, aby spotkać się we wrześniu i rozpocząć pracę nad studyjnym albumem. Spora część materiału była gotowa jeszcze przed zatrudnieniem Wilsona, jednak nawet najciekawsze dźwięki jesienią musiały być dostosowane do głosu nowego wokalisty.
        Głos Wilsona to na pewno inny rodzaj emocji, niż to, co proponował Phil Collins i co zaproponowaliby Paul Carrack i Fish. Bo o ile tych trzech panów można by umieścić na tej samej lirycznej półce, o tyle Wilson posiada głos zdecydowanie bardziej rockowy. Jego wokal jest mocny, ciemny, Tony Banks powiedział "gęsty", bardziej intensywny niż wokal Collinsa. Wilson to takie korzystne połączenie Phila z pierwszym wokalistą Genesis, Peterem Gabrielem, bo mimo rockowej mocy, w głosie Wilsona jest trochę typowo collinsowskiej melodii.
        Ray w Genesis był zapowiedzią zupełnego zwrotu, zwrotu który mógł przenieść grupę na tereny, po których nie poruszała się od połowy lat siedemdziesiątych. Sam Tony Banks mówił, że chętnie skierowałby muzykę w stronę form bardziej złożonych, może nawet z okresu "The Lamb Lies Down On Broadway". Odejście Collinsa miało zakończyć erę tzw. "piosenki z refrenem", Wilson zapowiadał klimaty bardziej rockowe, a Banks powrót do brzmień progresywnych.
        Nie wolno zapominać, że po Collinsie zostały w zespole aż dwa wolne miejsca. To drugie, kto wie czy nie trudniejsze do wypełnienia, za zestawem perkusyjnym, zajęło aż dwóch instrumentalistów. Pierwszy z nich, Nick D'Virgillio, amerykański perkusista zespołu Spocks Beard, zagrał tylko w czterech utworach. Resztę zrobił, urodzony w Jerozolimie, nowojorczyk Nir Zidkiahu. Obaj zebrali jednak kiepskie recenzje za swój wkład do albumu, a Nir dopiero podczas koncertów udowodnił, że jest dobrym perkusistą.
        Sesja nagraniowa rozpoczęta we wrześniu 1996 roku przyniosła dziewiętnaście nowych kompozycji, z których jedenaście trafiło na album zatytułowany ostatecznie "Calling All Stations". Krążek trafił na rynek dokładnie rok po rozpoczęciu nagrań, czyli we wrześniu 1997 roku.
za ciosem?
        W czasie poprzedzającym premierę "Calling All Stations" Tony Banks wyrażał ochotę na ożywienie nieregularnie funkcjonującego zespołu. W lipcu 1997 roku w jednym z wywiadów powiedział: "Jeśli CAS się przyjmie będziemy się musieli zastanowić, czy od razu nie poprzeć nowego składu kolejną płytą. Dłuższa przerwa oznaczałaby brak konsolidacji i w pewnym sensie zaczynanie od początku". Także Mike snuł powoli plany na następny krążek: "Na następnej płycie może będzie więcej dłuższych utworów, one służą Genesis".
        Z zupełnie luźnych zapowiedzi wynikało, że pójście za ciosem nowego składu Genesis miało nastąpić już w 1999 roku. Byłaby to zupełna nowość dla słuchaczy, przyzwyczajonych przecież do długich, nawet sześcioletnich przerw między kolejnymi albumami.
        Niestety ten drugi album nigdy nie powstał, a wytwórnia wypełniając niejako luką po tej nienagranej płycie rzuciła na rynek przeciętnej jakości składankę typu "the hits". Jedynym miły akcentem płytki była nowe wersja "Carpet Crawlers", w której usłyszeć można zarówno głos, jak i perkusje Phila, gitarę Steve'a, a do zaśpiewania dwóch zwrotek dał się namówić nawet Peter. Muzycy niestety nagrywali swoje partie w oddzielnych studiach. Do spotkania po latach klasycznego składu Genesis więc nie doszło.
wzywając wszystkie stacje (2)
        Jaka jest zawartość "CAS"? z jednej strony od pierwszych dźwięków wiadomo, że to Genesis, a z drugiej płyta jako całość nie przypomina niczego wcześniej stworzonego przez zespół. Album, co jest prawie normą w przypadku dzieł siedemdziesięciominutowych, nie jest pozbawiony słabych momentów. Na szczęście tych dobrych i bardzo dobrych jest więcej, i one skutecznie bronią płyty. Reprezentatywny dla całości jest otwierający album utwór tytułowy. Mroczny, z dość ostrą, szarpiącą nerwowo na "ciemnych" brzmieniach klawiszowych, gitarą, i wplecionym w środek krótkim fragmentem instrumentalnym "Calling All Stations" zawiera cały nastrój Genesis z roku 1997.
        Drugi na krążku "Congo" to przeciętna piosenka w stylu pop-rock proponowana przez zespół jako singlowa zapowiedź całej płyty i potencjalny przebój. "Congo" wielkim hitem nie było, bo i potencjał tej kompozycji jest daleko mniejszy, niż takich szlagierów grupy jak "Land Of Confusion" czy "I Cant Dance". Tym samym "Congo" jest jednym ze słabszych fragmentów albumu. "Shipwrecked" to zgrabna, ale niczym niewyróżniająca się ballada. Ciekawiej robi się razem z pierwszymi dźwiękami "Alien Afternoon", blisko ośmiominutowej mini suity, w której zespół powraca do brzmień zapoczątkowanych w pierwszym utworze. Mroczne, ciężkie brzmienia klawiszy i w pierwszych sekundach lekko bluesowa gitara zaczynają duszną kompozycję, opatrzoną intrygującym tekstem.
"Not About Us" to zdecydowanie najlepsza ballada na "Calling All Stations" i jedna z trzech kompozycji, których współautorem jest Ray Wilson. Później, jakby dla równowagi, mamy trochę beznamiętną balladę "If That What You Need", notabene bardzo podobną do "Hold On My Heart" z poprzedniego albumu.
         "The Dividing Line" to rzecz przenosząca Genesis na niepenetrowane wcześniej okolice neoprog rocka. Tak ostro jak w tej, prawie dziewięciominutowej kompozycji, Genesis nie brzmieli chyba od początku lat siedemdziesiątych. Ostra, świdrująca gitara, niespokojna klawiszowa melodia, rockowy wokal i dość dynamiczne, jak na ten album, bębny sprawiają, że "Dividing Line" jest chyba najlepszym utworem na całym albumie, a i podczas trasy ten właśnie kawałek brzmiał najciekawiej z całego premierowego materiału.
Na końcu albumu czekają jeszcze dwa dobre utwory "There Must Be Some Other Way" i "One Mans Fool", ale żeby do nich dotrzeć trzeba przetrwać dwie zdecydowanie słabsze piosenki "Uncertain Weather" i "Small Talk".
        Bilans całości wychodzi na plus. Album jest dość spójny, trzyma się mrocznego, chłodnego klimatu narzuconego już w pierwszym utworze. Mimo to, momentami trudno oprzeć się wrażeniu, że Tonyemu i Mike'owi trochę zabrakło odwagi i chyba pomysłowości, a umieszczenie obok udanych "Dividing Line" czy "There Must Be Some Other Way" przeciętnych "Small Talk", "Uncertain Weather" czy "If That What You Need" niestety trochę zamydla obraz całości.
        Powszechne jest zdanie, że muzyką umieszczoną na "CAS" Genesis nie trafili w żadną, obecną wówczas na rynku modę. Singel "Congo", czy następujące po nim "Shipwrecked" i "Not About Us" nie zawojowały list przebojów. Do tego grupa, pozbawiona rozpoznawalnego głosu Collinsa straciła przez to wielu przypadkowych, tzw. "sezonowych" odbiorców. Wszystko to miało wpływ na dość przeciętną, jak na Genesis, sprzedaż krążka.
wzywając wszystkie stacje (3)
        Planowany na jesień początek trasy koncertowej przypomniał o kolejnym, ostatnim już wolnym miejscu w składzie Genesis. Partie gitar i basu w studio, jak zwykle nagrał sam Mike Rutherford, ale na trasę trzeba było zatrudnić basistę, który potrafiłby grać także na gitarze. Od 1978 roku funkcję basisto/gitarzysty Genesis pełnił zawsze Daryl Stuermer, jednak teraz zespół nie mógł liczyć na jego usługi, ponieważ muzyk wybrał współpracę z Philem Collinsem, w jego solowych projektach.
Mike Rutherford zaprosił więc na trasę irlandzkiego muzyka, współpracującego m.in. z The Corrs, Anthonyego Drennana. Mieszkający na co dzień w Dublinie gitarzysta spełniał podstawowe wymagania Mike i Tonyego. Z taką samą łatwością obsługiwał gitarę elektryczną, akustyczną i bas, a jego styl gry odznaczał się dużą subtelnością, tak potrzebną do dobrego odegrania muzyki Genesis.
        Skład zespołu został ustalony, tymczasem zapowiadana na październik trasa po Ameryce została odwołana. "Calling All Stations" za oceanem sprzedawał się źle do tego stopnia, że Genesis musieli zrezygnować z wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Była to bez wątpienie olbrzymia, nieprzyjemna niespodzianka dla zespołu, który w USA od początku lat osiemdziesiątych sprzedawał albumy zawsze w wielomilionowych nakładach.
        "Calling All Stations Tour" ruszyła więc dopiero w styczniu 1998 roku i obejmowała tylko kraje Europejskie. Po koncercie w Budapeszcie Genesis przyjechali do Polski. Ten pierwszy, historyczny występ zespołu odbył się 31 stycznia 1998 roku w katowickim Spodku i obejrzało go prawie osiem tysięcy ludzi. Repertuar, jaki proponowano podczas tamtych koncertów był na pewno udanym kompromisem między grupą a fanami. Z jednej strony sześć lub siedem nowych utworów, z których najlepiej prezentowały się "Dividing Line", "There Must Be Some Other Way" i chyba "Alien Afternoon", z drugiej takie stare perełki jak "The Lamb Lies Down On Broadway", "Carpet Crawlers", czy" Firth Of Fifth".
        Dużą niewiadomą była postawa Raya Wilsona, który przecież musiał zmierzyć się ze starym materiałem Phila Collinsa i Petera Gabriela. Szkot wyszedł z tej próby obronną ręką i naprawdę trudno mu wskazać utwór, z którym by sobie nie poradził. Ba, takie kawałki jak "Domino" i "Carpet Crawlers" śpiewał może nawet lepiej niż oryginalni wykonawcy! Trudno się więc dziwić, że fani którzy zdecydowali się dać szansę młodemu wokaliście, szybko się do niego przekonali.
        Nir Zidkiahu okazał się bardzo dynamicznym perkusistą, którego trudno nazwać poetą perkusji, ale nie można mu odmówić rzetelności i pomysłowości. Nir wychodząc na scenę "w barwach" Genesis nie miał łatwego zadania. Słuchacze od lat przyzwyczajeni do perkusyjnych popisów Chestera Thompsona i Phila Collinsa (czasami nawet obu naraz) są dość wybredni. Zidkiahu nie ma takich umiejętności jak jego dwaj poprzednicy, ale bębnił ambitnie i swoją dynamiczną, surową grą ostatecznie wybronił się w trudnym materiale Genesis.
        Trzeci, nowy nabytek zespołu gitarzysta Tony Drennan także nie przyniósł wstydu. Irlandczyk jest instrumentalistą o nieco mniejszych kwalifikacjach niż Daryl Stuermer, co jednak nie miało większego znaczenia i muzyka specjalnie przez to nie ucierpiała. Wyjątkiem może była solówka z "Firth Of Fifth" mistrza Steve'a Hacketta, która przerasta nie takich gitarzystów jak Drennan. Co trzeba przyznać na plus sympatycznemu muzykowi- na pewno solową partie gitary z drugiej części "Alien Afternoon" i miażdżący "dialog" z Mike'iem na początku "Dividing Line".
        Z późniejszych wypowiedzi muzyków wynikała, że zespół rozkręcał się z koncertu na koncert, osiągając wiosną w Hiszpanii bardzo wysoką formą. To właśnie występy na półwyspie iberyjskim Ray wspomina najcieplej. Także Nir był zdania, że pod koniec tournee Genesis wskoczyło na właściwy tor. Nowy skład był coraz bardziej zgrany, swobodniejszy na scenie. Niestety dla tej konfiguracji były to ostatnie wspólne koncerty.
pewna rewizyta
        W 1997 roku ukazała się także druga płyta związana z Genesis, może nawet tak samo ważna jak "Calling All Stations". Steve Hackett, były gitarzysta grupy, uczestniczący w nagraniu wszystkich najciekawszych muzycznie albumów Genesis, wydał album zatytułowany "Genesis Revisited". Na krążku znalazły się nowe, często lepsze wersje starych, klasycznych utworów zespołu z lat 1971-1976. Steve wziął ponownie na warsztat "Watcher Of The Skies", "Fountain Of Salmacis", "Firth Of Fifth", "Your Own Special Way", "Los Endos", "Waiting Room", "Dance O A Volcano", "For Absent Friend" i "I Know What I Like" większość z nich dość mocno modyfikując.
        Nie można nie wspomnieć o znakomitych gościach, którzy pomogli Steve'owi w odświeżeniu genesisowego repertuaru. Zaproszenie gitarzysty przyjęli między innymi wybitny basista Tony Levin (King Crimson, Pink Floyd, Peter Gabriel), wokalista i basista John Wetton (King Crimson, Asia), koncertowy perkusista Genesis Chester Thompson, czy wokalista Paul Carrack. Gościnni muzycy zrobili swoje, ale i tak każdy z utworów nabrał jeszcze więcej, przepełnionego nostalgią, hackettowskiego klimatu. Steve z pomocą swoich znakomitych kolegów wydobył ze starych utworów drzemiące w nich piękno, mimo że już ich oryginalne wersje były w większości porywające.
        Na krążku znalazły się dwie nieznane kompozycje, instrumentalna pachnąca starożytnym Egiptem "Valley Of The Kings" i piękna ballada "Deja Vou", napisana ponoć jeszcze w 1973 roku wspólnie z Peterem Gabrielem. W tej drugiej swoimi nieprzeciętnymi umiejętnościami wokalnymi popisał się Paul Carrack, którego melodyjny, subtelny głos idealnie wpasował się w nostalgiczny klimat piosenki.
        "Genesis Revisited" doczekał się różnych recenzji, przeważały te pozytywne. Jednym z zarzutów wobec zawartości tego krążka był brak spójności. Z tym, że album nie jest spójny, płynny i konsekwentny muzycznie trudno się nie zgodzić, ale moim zdaniem nie jest to w tym przypadku wadą. Różnorodność dowodzi tu niesamowitej wszechstronności Hacketta i nie pozostawia wątpliwości, że gitarzysta miał pomysł na każdą z przerabianych kompozycji. A to, że każdy utwór miał inny potencjał sprawiło, że na jedną płytę trafiły tak odmienne stylistycznie rzeczy, jak monumentalny "Watcher Of The Skies", piosenka zrobiona w stylu pop lat osiemdziesiątych "Your Own Special Way", chaotyczno- demoniczna improwizacja "Waiting Room" i przerobiony na zabawny jazz "I Know What I Like". I gdyby nie wirtuozeria Hacketta trzeba by ten album rozpatrywać przez pryzmat pojedynczych piosenek. Steve jest jednak mistrzem klimatu i to właśnie nastrój połączył wszystkie części w jedną nostalgiczną układankę.
        Praca nad albumem zajęła Steve'owi w sumie dwa lata. Dążącemu do perfekcji gitarzyście zależało, żeby jej wynik przewyższał jakością oryginalne wersje utworów. The Royal Philcarmonic Orchestra pod dowództwem Matta Dunkleya i cała armia wybitnych muzyków pomogły Hackettowi nagrać dzieło kompletne, dopracowane, zadbane do najmniejszego szczegółu.
Aż trudno uwierzyć, że Steve'owi przy pracy nad krążkiem towarzyszyły duże wątpliwości. Tak Hackett mówił o swoich przemyśleniach- "Przez wiele lat zastanawiałem się, czy nagrywanie na nowo tych utworów ma sens(…) W pewnym sensie narażam się na zarzuty ze strony pozostałych członków grupy, przecież mogliby powiedzieć: czemu chciałeś odejść, skoro teraz powracasz(…)czy nie ulegasz modzie? W ten sposób zniechęciliby mnie, nastawili negatywnie(…)"
Dobrze, że gitarzysta nie poddał się wątpliwościom, bo moim zdaniem "Genesis Revisited" to album doskonały, nie mający nic wspólnego z tzw. odcinaniem kuponów od sławy.
        Steve'owi udało się na kilka dni zebrać swój wymarzony zespół, z którym mógł dobrze wykonać materiał z "Genesis Revisited" i jeszcze w 1997 roku zagrał kilka koncertów w Japonii. Oprócz Hacketta na scenie pojawili się: obsługujący bas i śpiewający w niektórych kawałkach John Wetton, perkusista Chester Thompson, Ian McDonald grający na flecie i instrumentach klawiszowych, oraz klawiszowiec Julian Colbeck.

Strony: 1 2 3 >>>
 Odnośniki związane z tematem 
 Genesis
   WywiadGenesis w RMF FMPiotr MetzRMF FM1997
   RecenzjaCalling All StationsBartek BartosińskiWielki Projekt Muzyczny1997
   RecenzjaCalling All StationsPrzemysław Semikwww.rockmetal.pl23 / 01 / 1999
   RecenzjaCalling All StationsSebastian Górskikoneser.czardybon.net1997
   RecenzjaGenesis Archive #1 1967-1975Bartek BartosińskiRipples1998
   RecenzjaGenesis Archive #2 1976-1992Łukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany26 / 10 / 2004
   RecenzjaZ Archiwum XArtur ChachlowskiMały leksykon wielkich zespołów
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuAndrzej KłyszejkoArtykuł nadesłany04 / 2002
   RelacjaKoncert w katowickim SpodkuBartek BartosińskiRipples02 / 1998
   RelacjaCalling All Stations TourRoman Milowskiwww.rockmetal.pl15 / 05 / 1998
 Peter Gabriel
   WywiadIdeał to pogodzenie natury i technologiiBeata Sadowskamuzyka.onet.pl11 / 08 / 2000
   RecenzjaOvoArtur ChachlowskiMały leksykon wielkich zespołów
   RecenzjaOvoMarta K.muzyka.onet.pl
   RecenzjaUpArtur ChachlowskiMały leksykon wielkich zespołów
   RecenzjaUpAt muzyka.onet.pl13 / 11 / 2002
   RecenzjaUp muzyka.onet.pl3 / 10 / 2002
   RecenzjaUpGustav muzyka.gildia.com18 / 02 / 2003
   RecenzjaUpTomasz Gocwww.rockmagazyn.com2003
   RecenzjaLong Walk HomeSulik muzyka.gildia.com16 / 04 / 2003
   RelacjaPeter Gabriel - Growing upDaeclan Artykuł nadesłany29 / 04 / 2003
   RelacjaPeter Gabriel na Stadionie LechaŁukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany10 / 06 / 2003
   RelacjaPeter Gabriel - Poznań 30 Maja 2003Maurycy Artykuł nadesłany20 / 01 / 2004
   RelacjaPeter Gabriel, Stadion Lecha, Poznań Tomasz Kamińskiwww.artrock.pl1 / 06 / 2003
   RelacjaPeter Gabriel, Stadion Lecha, PoznańTarkus www.artrock.pl1 / 06 / 2003
 Ray Wilson
   WywiadZwyciężyć W Igrzyskach OlimpijskichGrzegorz CzyżTylko Rock05 / 1999
   WywiadRay Wilson w MinimaxiePiotr KaczkowskiTrójka18 / 05 / 2003
   WywiadMoja dusza potrzebuje muzykiLesław Dutkowskimuzyka.interia.pl06 / 2003
   WywiadGenesis to przeszłośćAdam Dobrzyńskimuzyka.onet.pl05 / 2003
   RecenzjaThe Next Best ThingArtur ChachlowskiMLWZ12 / 07 / 2004
   RecenzjaThe Next Best ThingŁukasz MińczykowskiArtykuł nadesłany17 / 11 / 2004
   RelacjaRay Wilson - Wrocław 19.III.2005Maurycy Artykuł nadesłany24 / 03 / 2005
   RelacjaNajpiękniejszy koncert unpluggedAdam Dobrzyńskimuzyka.onet.pl21 / 05 / 2003
 Steve Hackett
   WywiadMały wewnętrzny głosLesław Dutkowskimuzyka.interia.pl2003
   WywiadMuszę być muzykiem i turystąLesław Dutkowskimuzyka.interia.pl14 / 11 / 2003
   WywiadGenesis inaczejWiesław WeissTylko Rock02 / 1998
   WywiadSteve Hackett w TrójcePiotr KaczkowskiTrójka27 / 06 / 2003
   RecenzjaGenesis RevisitedPaweł RoczniakArtykuł własny
   RecenzjaGenesis RevisitedBartek BartosińskiRipples
   RecenzjaThe Tokyo TapesBartek BartosińskiRipples
   RelacjaHala Wisły, Kraków, 14.11.2003Artur ChachlowskiMały leksykon wielkich zespołów2003
   RelacjaSteve Hackett - Kraków 2003Maurycy Artykuł nadesłany20 / 01 / 2004