RSS

Tęsknota do prostych piosenek-wywiad z Tonym Banksem.

Rz: Kto po latach przerwał milczenie wokół Genesis, zadzwonił do kolegów i powiedział, że czas wrócić na scenę?

Tony Banks: O takich sprawach nie decyduje się z dnia na dzień. Spotykaliśmy się wielokrotnie przy różnych okazjach - na urodzinach, ślubach, ale także w sprawach biznesowych, decydując o planach wydawniczych czy wznowieniach płyt. Wiadomo już, że zagramy jako trio z Philem Collinsem i Mikiem Rutherfordem. Może warto też wspomnieć, że rozmawialiśmy również z kolegami z wcześniejszych składów - Peterem Gabrielem i Steve'em Hackettem.

To prawdziwa sensacja. Przecież wydawało się, że na występ pierwszego składu Genesis nie ma szans.

Dyskutowaliśmy o tym, by zaprezentować w wersji koncertowej ostatni zrealizowany wspólnie album "The Lamb Lies Down On A Broadway". Nie zakończyło się niczym konkretnym, ale rozmowy nie zostały przez nikogo zerwane. Jesteśmy w ciągłym kontakcie. Peter bywa trudny w takich negocjacjach. Ale generalnie pomysł mu się podoba. Może nie wcześniej niż za dwa, trzy lata, ale mam nadzieję, że wspólny koncert to tylko kwestia czasu. Na razie wracamy w formule, w jakiej nagrywaliśmy i występowaliśmy od końca lat 70.

Kto jest pana najbliższym kolegą w zespole?

Najbliżej mi do Mike'a. Nie jesteśmy sąsiadami, ale dzieli nas tylko pół godziny drogi. Z nim spotykałem się najczęściej, nie tylko w interesach, ale by zjeść obiad, pogadać. Do Phila mieliśmy dalej, bo mieszka, na zmianę, w Szwajcarii i Nowym Jorku, ale od czego są telefony i samoloty. Teraz pracujemy razem od kilku miesięcy i czuję, jakbyśmy nigdy się nie rozstawali. Praca jest dobrą zabawą, pewnie dlatego, że zawsze staraliśmy się być dla siebie mili, wyrozumiali. Zaczęliśmy próby od najprostszych piosenek, a później powróciliśmy do bardziej skomplikowanych utworów z początków działalności. Na koncertach zaprezentujemy kompozycje ze wszystkich płyt.

Do której ma pan największy sentyment?

Chyba do "Duke" z 1980 r. Podoba mi się pod każdym względem. Brzmi mocno, melodyjnie i wzbudza optymizm.

Czy to był trudny moment w pana i Rutherforda karierze, kiedy Collins postanowił odejść z Genesis i poświęcić się karierze solowej?

Myślę, że zareagowaliśmy jak prawdziwi mężczyźni i zawodowcy. Przez wiele lat razem tworzyliśmy repertuar grupy, dlatego nie było problemu, by robić to dalej bez niego. Po prostu postanowiliśmy nagrać kolejny album "Calling All Stations".

I jak go pan dziś ocenia?

Nie jest tak dobry jak wcześniejsze, ale ma mocne momenty i przetrwał próbę czasu. Pewnie gdybyśmy nagrali kolejny, byłoby lepiej.

Promując właśnie "Calling All Stations", zagraliście po raz pierwszy w Polsce, w Katowicach.

Pamiętam, pamiętam. Byliśmy zaskoczeni, jak dobrze polska publiczność zna nasze dawne albumy. Przecież nie wydawaliśmy ich w waszym kraju. Nie było takiej możliwości.

Genesis rozpoczął jako grupa grająca ambitnego, progresywnego rocka, a skończyliście jako zespół poprockowy. Nie popełniliście błędu?

Staraliśmy się grać, jak nikt wcześniej, i myślę, że dobrze namto wychodziło. Także na ostatnich płytach. Jak ktoś nie wierzy - niech sobie przypomni "Domino" czy "Home by the Sea". Gdy przez całą karierę komponuje się długie, wielominutowe utwory, pojawiasię tęsknota do prostych i krótszych piosenek. Ochota, by się sprawdzić jako kompozytor przebojów. Peter Gabriel poszedł podobną drogą. Cieszę się, że i nam się udało. Mógłbym też powiedzieć, że powróciliśmy do korzeni - przecież nasz pierwszy album "From Genesis to Revelation" był złożony z krótkich popowych piosenek.

Wszyscy chcieliby wiedzieć, kiedy powstanie nowa płyta.

Mogę tylko powtórzyć, że umówiliśmy się na koncerty i nie mamy żadnych planów nagraniowych. Zapraszamy do spotkań na żywo.

rozmawiał: Jacek Cieślak
Żródło: Rzeczpospolita Dodał:mac600

11.06.2007 - 20:51

Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.

Napisz Komentarz

:

:

:


4 + 8 =